Telewizje przedstawiły skrupulatnie sytuację w tej szkole. Sprawcy mają być kompletnie zdemoralizowani, co udokumentowano drastycznymi wypowiedziami ich samych i ich rodziców podczas próby nawiązania z nimi kontaktu przez reporterów. Niemniej autorka materiału w TVN zakończyła swoją relację standardową wątpliwością: czy nauczyciel nie powinien czerpać swojej siły raczej z własnego autorytetu niż z restrykcyjnych przepisów.
Nie wiem, czy nauczyciel powinien mieć status funkcjonariusza. Ale założenie, że kobieta czy nawet mężczyzna po studiach powinni sobie radzić z ogolonym osiłkiem w dresach bez niczyjej pomocy, to absurd. Zwłaszcza gdy przyjmujemy, a przyjmujemy, inne założenie: coraz większej masowości edukacji. Ludzie, którzy kiedyś znikali z systemu oświaty po podstawówkach, mają teraz wkuwać ławka ławkę z grzecznymi dziećmi, a szkoła musi być wobec nich skuteczna, choć nieskuteczny okazał się rodzinny dom, a często także policja. I ma na dokładkę zapewnić bezpieczeństwo i normalny przebieg lekcji tymże grzecznym dzieciom.Może więc edukacyjny spadek po Giertychu (i po rządach PiS), acz w szczegółach kontrowersyjny, wart jest poważnej debaty.
Edukacyjny program Platformy Obywatelskiej był i pozostaje tak nieznany opinii publicznej jak zajmująca się tematyką edukacji w platformerskim gabinecie cieni posłanka Krystyna Szumilas. PO okazywała niechęć mundurkom czy innym Giertychowym inicjatywom, ale bez wielkiego zaangażowania - ot tak, z opozycyjnego obowiązku. Wyklarowanie własnego pozytywnego przesłania dopiero przed nią.
Wśród wielu nijakich pomysłów kadrowych Donald Tusk ma jednak jedno celne trafienie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Po 1989 roku ministrami oświaty byli na ogół profesorowie szkół wyższych, kompletnie nierozumiejący, czego trzeba zwykłym szkołom. Wyjątkiem był Giertych, on jednak dopiero uczył się edukacyjnej tematyki, a wiele pomysłów formułował naprędce, aby zabłysnąć na kolejnej konferencji prasowej.
Tym razem ministrem ma być Katarzyna Hall, nauczycielka i edukacyjna menedżerka. Wprawdzie po 1989 roku żyjąca w dość komfortowym świecie oświaty niepublicznej, ale przecież wychodząca poza ten świat, choćby jako wiceprezydent Gdańska. Jako praktyk ma szansę sformułować własny autorski program. Czekam nań z niecierpliwością.
Czekam, bo doświadczenia ostatnich lat są raczej zniechęcające. Gdy w roku 2002 w Toruniu uczniowie tamtejszego technikum zabawiali się zakładaniem kubła na śmieci nauczycielowi, SLD-owski rząd ograniczył się do wysłania do Sejmu wiceministra, który wygłosił drętwym językiem parę banałów. Ale uczciwie mówiąc - także prawicowa opozycja nie miała za wiele do powiedzenia.
Gdy w roku 2006 w gdańskim gimnazjum ujawniono przypadek maltretowania przez kolegów uczennicy, reakcją były twarde wystąpienia i pomysły ministra Giertycha. Jedne - jak trójki kontrolujące szkołę - wydawały się biurokratyczną fikcją. Ale inne - mundurki, zakaz używania komórek czy rozmaite przepisy zwiększające dyscyplinę - niekoniecznie.
Niestety, Giertych był politykiem zbyt wyrazistym, każdy jego krok kojarzono ze skrajną ideologią, którą wyznawał. Może więc czeka nas kolejna rozmowa na te tematy, już w spokojniejszej atmosferze. Ważne, aby rozmawiali politycy i kontrolujące ich media, a nie sami tylko działający w społecznej próżni ministerialni urzędnicy. Bo podstawowe wybory dotyczące szkoły to wybory kierunku polityki edukacyjnej, a nie technicznych rozwiązań.
Nie tylko gdy mowa o szkolnej dyscyplinie. Tak zwana maturalna amnestia okazała się częściową porażką nowego systemu oświaty stworzonego przez AWS-owską reformę z końca lat 90. Opozycja i dziennikarze skoncentrowali się na łajaniu Giertycha za zmianę reguł już podczas rozgrywki. Była to połajanka słuszna. Ale na tym się skończyło.
Debatowano o symptomach, ale nie o przyczynach. Z jednej strony zewnętrzna matura miała służyć obiektywnemu pomiarowi wiedzy "produktów" naszego systemu edukacji. Pomiarowi tym istotniejszemu, że matury to także egzaminy na studia. Pomiarowi bardziej surowemu niż do tej pory, bo dawne egzaminy w szkołach były z natury rzeczy bardziej "przyjazne" uczniom. Z drugiej strony - ma to być matura coraz bardziej masowa. A więc łatwiejsza, bardziej standardowa.
Na przecięciu tych dwóch sprzecznych intencji coś nie zagrało. Wybór formuły matury to wbrew pozorom także wybór polityczny. Czy chcemy upychania kolanem kolejnych roczników, tak aby zdawali prawie wszyscy? Czy powszechność edukacji ma być jednak miarkowana zdrowym rozsądkiem? Tak, aby ten może najważniejszy w życiu człowieka egzamin nie stał się kompletną fikcją.
Dorzuciłbym nowej pani minister wiele innych dylematów. Choćby postawione nieśmiało przez jej poprzednika, profesora Ryszarda Legutkę pytanie, na ile nowy system nauczania nastawiony na praktyczne umiejętności - języki, obsługa komputera plus szybka specjalizacja w tej czy innej dziedziny - nie powinien gubić czegoś, co nazwałbym klasycznym przygotowaniem do roli inteligenta. Kiedy bowiem jest czas na historię ojczystą, filozofię, może łacinę, jak nie w gimnazjum czy liceum?
Duch nowego rządu, odwołującego się głównie do takich wartości jak ekonomiczna efektywność i modernizacyjny pragmatyzm, może takim dyskusjom nie sprzyjać. Niemniej jednak PO opisuje samą siebie jako partię konserwatywno-liberalną. No i to może ostatni moment, aby takie pytania postawić.
I to wszystko na barkach jednej kobiety! W wywiadzie dla DZIENNIKA Donald Tusk postawił przed nią jako główne zadanie spełnienie płacowych postulatów nauczycieli. Też ważne - nie będzie ambitnej i skutecznej edukacji bez młodych zdolnych, którzy wybiorą tablicę i kredę. Ja jednak wierzę, że Katarzyna Hall nie ograniczy się do tej oczywistości. Jeśli tak, może przejść do historii jako minister znaczący, jeśli nie wybitny.