Polski Episkopat ma wszelkie powody do zadowolenia ze status quo, jednak z rosnącą nieufnością myśli o możliwych konsekwencjach integracji europejskiej. Szczególnie o sekularyzacji, której dziś w Polsce nie ma, ale jutro - kto wie. Wobec zagrożenia sekularyzacją w przyszłości Kościół chce mieć więcej dzisiaj. A to więcej może uzyskać wyłącznie od Platformy. Platforma nie chce tej wojny, po pierwsze dlatego, że wcale nie jest antyklerykalna, a po drugie dlatego, że żadna władza w Polsce nie prowadziła wojny z Kościołem od czasów PZPR, która najpierw tę wojnę przegrała, a później nauczyła się jej unikać. Także Donald Tusk będzie robił wszystko dla jej uniknięcia, dopóki nie zostanie przyciśnięty do muru. Już dzisiaj premier zauważył, że np. konflikt wokół leczenia bezpłodności metodą in vitro można obejść przez reformę służby zdrowia. Jeśli pieniądze będą rzeczywiście szły za pacjentem, to niewierzący zapłaci za zapłodnienie in vitro własnym bonem zdrowotnym. I Tomasz Terlikowski będzie mógł co najwyżej rzucić na niego klątwę w swoim felietonie.

Jest wiele sposobów na takie uniknięcie wojny Kościoła i państwa, które ocalą sumienie katolików i wolność niewierzących. Tyle że nie zadowalają one tych, którzy wolą "wojnę cywilizacji" od społecznego pokoju, bo w stanie politycznej wojny się wychowali od lat 80. i bez niej żyć nie umieją. Dziś odgrywają rolę katolickich męczenników w kraju, który Kościoła wcale nie uciska.

Ale Platforma nie musi tej wojny koniecznie przegrać. Bo radykałowie mają to do siebie, że nie zauważają granic realizmu, śmieszności ani granicy, od której zaczyna się bunt. Polacy są dziś raczej zadowoleni ze swojego losu. Ludzie zadowoleni, lokujący swoje ambicje w sferze prywatnej, nie buntują się zbyt ochoczo przeciw żadnej władzy, świeckiej ani religijnej. Dopóki ta władza nie żąda od nich zbyt wiele, nie przyciska do ściany, nie próbuje mobilizować do wojen, które nie są ich wojnami.

Kaczyński zmobilizował polską klasę średnią, tyle że przeciwko sobie. Katoliccy radykałowie mogą zmobilizować przeciwko sobie zarówno słabych w Polsce ateuszy, jak i katolicką większość, która wcale nie chce być bardziej papieska od papieża. Pokój społeczny, który zapanował wokół religii od połowy lat 90., miał swoje zalety, także dla Kościoła. Polityczna wojna może Kościół tylko osłabić.