: Żadnej wyraźnej różnicy nie widzę. Pozostała zarówno polityczna kontrola w informacji i publicystyce, jak też marny warsztatowy poziom całości. Może co najwyżej w niektórych materiałach informacyjnych po zmianie partii rządzącej pojawiła się nieśmiała chęć równoważenia.
Sama byłam na początku tą decyzją zaskoczona, oznaczało to ze strony Tomasza Lisa zgodę na bycie listkiem figowym. I on nie może się dziwić, że ta decyzja musi być różnie przyjmowana przez środowisko. Tym bardziej że on wcześniej telewizję publiczną pod kierownictwem Bronisława Wildsteina i Andrzeja Urbańskiego bardzo ostro krytykował i bardzo emocjonalnie. Ja nigdy tak ostro tej telewizji nie krytykowałam, bo się wiele po niej nie spodziewałam. Ja już dawno straciłam wiarę w możliwość zbudowania w Polsce naprawdę dobrej, neutralnej politycznie, a jednocześnie ambitnej programowo telewizji publicznej. To nawet nie jest kwestia ustaw, które można zawsze napisać, ale niskiej kultury politycznej. Natomiast Tomasz Lis jako były pracownik tej instytucji mam wrażenie przeżywał to bardziej emocjonalnie, osobiście, z wyższą temperaturą. On jest dziennikarzem telewizyjnym i bardzo chce w telewizji pracować. To jest dla niego warsztat pracy, który on utracił wraz z odejściem z Polsatu.
Może propozycja TVN-u nie zaspokajała jego potrzeb finansowych czy innych ambicji. Ja czytam ostatnie wywiady i wypowiedzi Tomasza Lisa i muszę przyznać, że on mi się wydaje trochę bezradny w odpowiadaniu na tego typu wątpliwości. Mam wrażenie, jakby był trochę obrażony na tych, którzy go o to pytają. A nie powinien, bo wielu dziennikarzy, którzy wcześniej słuchali jego oskarżeń, że telewizja publiczna nie jest pluralistyczna, może powiedzieć, że ona nadal pluralistyczna nie jest
Prawicowi dziennikarze szli do prawicowej telewizji, która obiecywała zaspokojenie ich politycznych ambicji. Lis prawicowym dziennikarzem nie jest. Tak się nie przedstawia. Jeśli rzeczywiście uważa - tak jak mówi - że jego program podniesie standardy całej telewizji publicznej, bo się inni będą od niego uczyć i podnosić własny poziom, to mi pozostaje przyjąć do wiadomości takie uzasadnienie. Choć przyznam szczerze, że bez przekonania.
To nie jest żadne alibi. Z jego wywiadu dla DZIENNIKA dowiaduję się, że dzisiaj tak bardzo mu zależy na Monice Olejnik czy na Sławomirze Sierakowskim. Ja bym mu wierzyła, gdyby wpuścił ich na antenę przed paroma miesiącami, kiedy rządził Kaczyński. Ale wtedy wystarczyło, że Liga Polskich Rodzin tupnęła nogą, a pomysł programu robionego przez środowisko Sierakowskiego, jako równoważenia np. dla prawicowego programu Jana Pospieszalskiego, od razu został porzucony. A o przywróceniu Moniki Olejnik w ogóle więcej nie usłyszeliśmy. Dzisiaj Urbański chce mieć argument, kiedy zaczną go odwoływać, że to jest niesprawiedliwe, bo przecież zaprosił Tomasza Lisa.
Nie obroni, można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Przed ostatnimi wyborami prezydenckimi Tomasz Lis miał polityczne ambicje, a także później chciał recenzować Platformę i Tuska. Myślę, że Tusk wcale się z zaproszenia Lisa do telewizji publicznej nie ucieszy i Urbańskiemu za to nie podziękuje.
*Janina Paradowska, dziennikarka "Polityki", w Superstacji prowadzi program "Puszka Paradowskiej"