Oczkiem w głowie czytelników i wydawców były dynamiczne tygodniki i rozpędzone jak komety dzienniki. W tych buchało intelektualne życie, nieraz frapujące, ale uwikłane w bieżące spory polityczne i ograniczone wymogami wysokonakładowych pism. "Tygodnik Idei"... to brzmiało na przełomie XX i XXI stulecia równie pociągająco jak "Poradnik Antykwariusza". Miłe, trochę nawet prestiżowe - i niezbyt niepotrzebne.

"Europa - Tygodnik Idei" powstała w 2004 roku. Czyli wtedy, kiedy wydawało się, że czas takich pism minął na dobre. A na dodatek powstała przy "Fakcie", najbardziej popularnym, bulwarowym i krzykliwym tytule prasowym Polski. "<Europa> nie została oczywiście wymyślona po to, by rósł nakład <Faktu>" - tłumaczy Robert Krasowski, absolwent filozofii i były doktorant Marcina Króla, jeden z współtwórców "Faktu" - miała być znakiem, że wydawca gazety ma wobec Polski ambitne plany i równie poważnie jak o gazecie bulwarowej myśli o gazecie poważniejszej.

Krasowski po kilku miesiącach od triumfalnego wejścia "Faktu" na rynek podjął się wobec wydawcy zorganizowania takiego dodatku do gazety, którego nie ma ani żadna polska bulwarówka, ani najbardziej nawet poważna polska gazeta. W skrócie: superintelektualny salon, po którym przechadzają się najwięksi intelektualiści świata. Przechadzają się w komfortowych warunkach. Nie chodziło o zamieszczanie zgrabnych skrawków w rodzaju "sławny człowiek o problemach globalnego ocieplenia w czterech zdaniach", lecz o porządne artykuły i długie wywiady. Na każdy temat odpowiedni dla "Tygodnika Idei".

A potem było tak: Krasowski poszperał w notesie z telefonami i zadzwonił do trzech neurotycznych czterdziestolatków, którzy swoje w mediach przepracowali, ale wciąż czuli się raczej niespełnionymi jajogłowymi niż stuprocentowymi dziennikarzami. Plan wydawania "Europy" w "Fakcie" uznali zgodnie za nieprawdopodobne dziwactwo i równie zgodnie przystąpili niemal z dnia na dzień do jego realizacji. "Pomysł był wariacki i dlatego się udał" - ocenia po latach Maciej Nowicki, dzisiaj szef "Europy". "Praca w tak ezoterycznym piśmie inteligenckim, w samym sercu wielkiego koncernu prasowego, robienie tygodnika na tak wysokim poziomie, a zarazem wcale nie niszowego... to było jak powrót do ideałów młodości" - wspomina z kolei Cezary Michalski, publicysta, w młodości redaktor kolejno "Brulionu", "Tygodnika Literackiego" i "Debaty". "Trudno nawet pojąć zdumienie, ale i frajdę, kiedy bulwarowa gazeta zaproponowała nam robienie pisma mądrzejszego od <Znaku> i <Res Publiki> razem wziętych... Zakładałem, że ten piękny kaprys wydawcy potrwa jakieś sześć, siedem miesięcy, a potem każdy z nas wróci do swojej roboty, wspominając czas niezwykłej przygody" - opowiada Jan Wróbel, pierwszy sekretarz redakcji.

"Europa" trwa, wydaje dzisiaj 200. numer. W pierwszym był wywiad z czołowym brytyjskim publicystą i szefem lewicowego think tanku Willem Huttonem oraz teksty angielskiego historyka Paula Johnsona i francuskiego sowietologa Alaina Besancona. A w kolejnych numerach czytelnicy dostali teksty Juergena Habermasa, Guya Sormana i George’a Sorosa, Francisa Fukuyamy, Rogera Scrutona. A tuż obok nich opinie Zygmunta Baumana, Jadwigi Staniszkis, Jarosława Marka Rymkiewicza i Zdzisława Najdera.

Zaskoczenie było powszechne. A najbardziej szokujące było to, że cała ta plejada wspaniałych nazwisk pojawiała się... no właśnie. "Z plotek dowiedziałem się, że razem z <Faktem> wychodzi również tzw. tygodnik idei. Kupiłem gazetę i rzeczywiście, ku swojemu zdziwieniu, zobaczyłem w niej <Europę>. I w ten sposób stałem się jej regularnym czytelnikiem" - wspomina politolog i publicysta Rafał Matyja. W tym początkowym okresie w środowisku dziennikarskim modne było kręcenie nosem na "Europę": owszem, danie oryginalne, ale w opakowaniu z supermarketu. Zdzisława Najdera zaczepiali znajomi: "Co ty, <Fakt> kupujesz?". Najder na to: "A gdzie indziej przeczytam debatę Habermasa z Ratzingerem?" "I tak właśnie było: kto miał nosa, ten trafiał. A kto krygował się, mówiąc, że nie będzie kupować bulwarówki, by czytać Habermasa i Ratzingera, dawał dowód, że nie jest prawdziwym intelektualistą, tylko szpanerem" - ocenia Wróbel.

Znaczenie nowego tygodnika idei zauważyła również "Gazeta Wyborcza". "Od pewnego czasu - jakby wbrew modzie na upraszczanie - pojawiły się dwa wybitne intelektualnie dodatki: »Niezbędnik Inteligenta« w »Polityce« i - to paradoks - »Europa« w »Fakcie«. (...) Tak czy inaczej, »Europa« i »Niezbędnik«, wpuszczając do masowego obiegu ważne teksty, przyłączają się do tych, którzy sądzą, że życia publicznego nie musi wypełniać ogłupiająca sieczka. I wiedzą, że bez ambitnych debat, rozważań, wzorów postaw nie warto gadać o poprawie polskiej demokracji" - napisał we wrześniu 2004 roku Marek Beylin.

Uczciwie mówiąc, poprawa jakości polskiej demokracji nie stanowiła priorytetu zespołu "Europy". Wprowadzić do Polski czołówkę myślicieli politycznych Zachodu, tak by wybitni "tamci" stali się równie "nasi" jak Jadwiga Staniszkis, Marcin Król czy Aleksander Smolar, oto był cel główny. Czy się udało?

"Na początku jeździłem do tych Wielkich z poczuciem, że oto dziennikarzyna z Europy Wschodniej zawraca głowę intelektualistom z Zachodu" - wyznaje Maciej Nowicki. "Minęło mi, kiedy okazało się, że sami moi rozmówcy zaczynają być ciekawi wieści z wielkiego świata: o czym Todd pisze nową książkę, czy Żiżek ma mocną głowę, no i czy znam telefon do X czy Y, bo rozmówca byłby chciał zadzwonić... Wrażenie, że Polska leży na Zachodzie, pogłębiło się, kiedy "Europa", już jako dodatek do <Dziennika>, zaczęła organizować debaty w Polsce. "Gray nie Gray, Podhoretz nie Podhoretz - przyjeżdżają i czują się wśród swoich, spotykają studentów, którzy znają ich najnowsze teksty i tezy itd". - komentuje Wróbel. "Niepostrzeżenie staliśmy się partnerami" - uważa Michalski, który o swoim pierwszym spotkaniu ze Peterem Sloterdijkiem wypowiada się w tonacji elegijnej: "Jakbym rozmawiał z samym papieżem".

Wielcy zaczęli powszednieć. Dochodziło nawet do gorszących scen, jak wtedy, kiedy Jan Wróbel narzekał, że musi jechać na wywiad aż na... Wyspy Kanaryjskie. Na Lanzarote mieszkał bowiem portugalski pisarz Jose Saramago, laureat literackiego Nobla, który chętnie zgodził się na wywiad, pod warunkiem że odbędzie się u niego w domu. "Lanzarote to wietrzna i wulkaniczna smutna wyspa" - zarzeka się dzisiaj Wróbel. Dodaje też, że za brak entuzjazmu opatrzność go pokarała: Saramago zgodził się na wywiad po hiszpańsku, ale już w pierwszym zdaniu przeszedł na ojczysty portugalski. "Robiłem dwie godziny wywiad w języku, którego nie znam" - wyznaje spracowany dziennikarz "Europy".

A propos noblistów. Robert Krasowski, przy wszystkich swoich zaletach, miał jedną wadę - opowiadają jego współpracownicy. Zakładając "Europę", zażądał, by publikowała ona rozmowy i artykuły autorów z najwyższej półki. "Nobliści to minimum" - straszył swoich współpracowników, proponujących różnych autorów. Chciał mieć w "Europie" gigantów. "I miał. Bo researcherzy tak długo dzwonili i wysyłali e-maile, aż w końcu nawet taki, co z zasady nie udziela wywiadu, dla nas zgodził się zrobić wyjątek" - mówi Katarzyna Litwińczuk, przez długi czas szefowa sekretariatu "Europy". Drugą zasadą w doborze tekstów było unikanie przedruków oraz tekstów kupowanych przez tzw. syndykaty prasowe (sprzedają artykuły zrzeszonych w syndykacie, nieraz wybitnych, autorów). "Chcieliśmy zbudować własną sieć autorów, którzy będą pisać właśnie dla <Europy>, a nie dla kogokolwiek innego. Zdarza nam się oczywiście, że ściągamy bezpośrednio od autora jakiś artykuł, który nas zachwycił. Ale wtedy właściwie musimy mieć pewność, że nikt inny w Polsce mieć go nie będzie" - tłumaczy Maciej Nowicki. "Baliśmy się, że zostaniemy uznani za oszustów. Bo jeśli obiecujemy polskiemu czytelnikowi, że przyniesiemy mu oryginalną myśl Zachodu, a potem dajemy coś, co każda gazeta może sobie kupić od syndykatu za paręset dolarów, to de facto go oszukujemy" - dodaje Wróbel. "Robert wymusił też formułę tygodnika. On jest ideowo mocno zwichrowany, równą sympatię czuje do Marksa, Adorna czy Boudrillarda, jak do Eliota, de Maistre’a czy Hegla. <Europę> ustawił więc jako neutralną przestrzeń, w której najbardziej cenił te umysły, które rozbijały tradycyjne linie podziałów na prawicę i lewicę, na progresistów i tradycjonalistów, demokratów i cynicznych technologów. A potem cieszył się, kiedy czytelnicy skarżyli się, że nie są w stanie wychwycić w <Europie> spójnej tożsamości ideowej".

To samo dotyczyło też rzeczywistości polskiej. "Krasowski ma własną, wyrazistą hierarchię. On ceni przede wszystkim Jadwigę Staniszkis, czołową w latach 90. antykomunistkę, Andrzeja Walickiego, głównego obrońcę postkomunistów z pozycji liberalnych, i Bronisława Łagowskiego, twardego konserwatystę, a zarazem postpezetpeerowskiego krytyka <Solidarności>. Każdy, kto czyta regularnie <Europę>, zauważy, że są to autorzy, którzy są najczęściej w <Europie> cytowani, komentowani, proszeni o teksty i wywiady" - tłumaczy Nowicki.

Jak przygotowywano kolejne numery pisma? Wielkiej alchemii w tym nie było. "Spotykaliśmy się raz w tygodniu w czwórkę. Rozmawialiśmy o filmach, książkach i przysłowiowej Maryni, by nagle przejść do ustalania tematów, które mają się pojawić w następnym wydaniu. To były dość chaotyczne rozmowy, ale ilekroć próbowaliśmy ustalić sztywniejszy harmonogram prac, kończyło się to całkowitym niepowodzeniem" - opowiada obecny szef "Europy" . Dzień codzienny "Europy" wspomina Katarzyna Litwińczuk: "Oni rzadko zjawiali się w redakcji, za to wtedy, zamiast pracować, próbowali nadrabiać zaległości w rozmowach. Gdy siedziałam z nimi w pokoju, panowała cisza i skupienie, ale gdy tylko wychodziłam, odwracali się do siebie i zaczynali trajkotać. Czułam się trochę jak nauczycielka pilnująca uczniów podczas klasówki".

Dla całej czwórki było również jasne, że chcą mieć w "Europie" coś, co wstrząśnie polskim intelektualnym czytelnikiem. A tematy nasuwały się same: czy Polska jest w Europie, czy na Zachodzie? Czy w ogóle istnieje coś takiego jak Zachód? Czy gospodarczy i obyczajowy liberalizm jest spełnieniem naszych dziejów czy tylko krótkim przystankiem intelektualnym? Jakimi zasadami kieruje się amerykański neokonserwatyzm? Jak ożenić demokrację z imperializmem zachodnim? Takie dyskusje od dawna toczyły się na Parnasie, ale w Polsce nie mogły się jakoś przebić. Od samego początku powszechne zdziwienie budziło to, że wszyscy redaktorzy "Europy", wcześniej utożsamiani z konserwatyzmem, tak chętnie i często zapraszali na łamy tygodnika lewicowych autorów. Wróbel, wtedy i dzisiaj "konserwatywny katolik o odchyleniu prawicowo-narodowym", nie widzi w tym nic dziwnego. "Po prostu fajnie jest zajmować się ciekawymi sprawami, lewicowcy zachodni wnoszą do polskich dyskusji świeży powiew. Oni nie muszą mieć racji i często jej nie mają, ale <Tygodnik Idei> nie jest po to, żeby kogoś umacniać w jego przekonaniach, tylko żeby mózg uaktywnić" - tłumaczy Wróbel. "Nie ma w Polsce innej gazety, która by się zdecydowała na taką różnorodność" - mówi Przemysław Wielgosz, redaktor naczelny polskiej edycji lewicowego magazynu "Le Monde Diplomatique". "Ci, którzy chcieliby, aby światem rządzili jacyś mandaryni - liberalni, konserwatywni albo lewicowi - biorąc do ręki "Europę", muszą być wściekli. Bo w niej nie ma miejsca na dyktaturę jednej wizji" - mówi Rafał Matyja, konserwatysta.

Redaktorom tygodnika udała się rzecz niesłychana: nie zredukowali wszystkiego do prostych, politycznych podziałów np. na lewicę i prawicę. W "Europie" - czyli również po prostu w Polsce - pojawiają się autorzy reprezentujący najrozmaitsze idee. Niall Ferguson, lokomotywa brytyjskiej konserwatywnej historii, Tariq Ramadan, wybitny muzułmański teolog, Slavoj Żiżek - lewicowy socjolog i filozof traktowany we Francji i w rodzinnej Słowenii jak skrzyżowanie Havla z Chomskim, Charles Krauthammer, odnowiciel neokonserwatyzmu - to tylko niektóre ze światowych wielkości, o których w "przedeuropejskiej" Polsce mało kto wiedział . "Po tym jak tygodnik poświęcił omówieniu jego najnowszej książki cztery kolejne numery, Żiżek zyskał u nas status lewicowego celebrity" - wspomina Cezary Michalski. "Najważniejszą zasługą "Europy" jest wprowadzenie do polskiego dyskursu intelektualnego wielu ważnych autorów, którzy wcześniej byli bardzo słabo znani lub nieobecni. Na łamach <Europy> można ich czytać regularnie, niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzą i jaką opcję polityczną reprezentują" - ocenia wybitny socjolog Zdzisław Krasnodębski.

"Europa" okrzepła. Trzyma poziom, zaskakuje. Bogdan Rymanowski przyznaje, że zdarza mu się odczuwać zawodową zazdrość podczas lektury "Europy". "Szczytem dziennikarstwa jest to, co udaje się <Europie>: wypowiedzi osób, które z reguły zgadzają się mówić na inne niż do tej pory tematy" - tłumaczy Rymanowski. Jest ona różnorodna, potrafi zajmować się ponadczasowymi problemami, potrafi i reagować na wydarzenia bieżące. Adam Rębacz, nauczyciel historii w warszawskim liceum Hoffmanowej, twierdzi, że artykuły z "Europy" wielokrotnie służyły mu do pracy z młodymi ludźmi. "Z tekstów dotyczących koncepcji przyszłej polityki państw europejskich moi uczniowie dowiadywali się o nastrojach panujących na europejskich uczelniach, wśród europejskich elit intelektualnych, debatowali o najnowszych tendencjach w polityce, uczyli się dialogu <gorszych> z <lepszymi> i pokonywania stereotypowych barier w stosunkach społecznych" - opowiada Rębacz. Przez prawie cztery lata istnienia tygodnik zyskał zasłużoną renomę.

Socjolog Paweł Śpiewak, często goszczący na łamach tygodnika, mówi, że to jedyne pismo w Polsce, z którego on sam czegoś się uczy. "Drukujecie teksty, które dla kogoś zainteresowanego tym, co się dzieje na świecie, powinny być absolutnie priorytetowe" - mówi Śpiewak.