Donald Trump kłamał, obrażał i kompromitował się – przede wszystkim – za pomocą Twittera. Ale prowadził tam też politykę i reprezentował swój kraj, którego wciąż jest przywódcą.
Gdy tylko gruchnęła wieść o tym, że Trump ma zostać zablokowany, przeprowadziłem wśród znajomych – jak na ironię, oczywiście za pomocą jednej z platform, którą tu krytykuję – ankietę. Pytałem, czy to dobrze? Odpowiedzi były jednoznaczne. U liberalnie usposobionych ludzi dominowały radość i satysfakcja. „Dlaczego dopiero teraz?” – pytali. „Należało mu się”.
Tylko że Trump dostał bana w momencie, gdy do końca prezydentury zostały mu zaledwie dni. Przez poprzednich kilka lat największe platformy cyfrowe tolerowały go i wszystkie jego wybryki. Z grożeniem wojną nuklearną Korei Północnej włącznie. Trump nie przeszkadzał Facebookowi, gdy można było zarabiać pieniądze na reklamach politycznych, targetowaniu wyborców i wielkich zasięgach, jakie generował.
Reklama
Twitterowi nie wadził, gdy to za jego pomocą rządził wyobraźnią i cyklami newsowymi na całym świecie. YouTube’a nie irytował, gdy jego sfanatyzowani zwolennicy nabijali miliony ekrano-godzin oglądalności. Dziś jest inaczej. Bo dziś po prostu łatwiej się go pozbyć.