Bo jeśli ktoś miał wątpliwości, jak radykalnej zmiany dokonali w październikowych wyborach Polacy, to przez ostatnie dni mógł to zobaczyć w pełnej jaskrawości. Bo w jednym Donald Tusk na razie dotrzymuje słowa: jego styl jest zaprzeczeniem poprzednika. Tam gdzie Jarosław Kaczyński podkreślał majestat i odpowiedzialność władzy, tam nowy szef rządu epatuje skromnością i wahaniami, czy wypada mu zamieszkać w rządowej willi. W pierwszym powyborczym przemówieniu sejmowym pierwszy podkreśla, jak naukowo podchodzi do spraw państwa i mówi o "skupionych wiązkach energii społecznej", a drugi bez specjalnych ceregieli na wstępie expose po prostu "nisko się kłania Polakom". Wreszcie w dniach, gdy prezes PiS nie potrafi ukryć rozgoryczenia, lider PO w pełni rozwija estetykę języka miłości, zaufania i wielokrotnie odmienia przez wszystkie przypadki słowa takie, jak zaufanie, normalność, spokój.

Reklama

I wszystko wskazuje, że obaj nie zamierzają przestać. I o ile strategia Kaczyńskiego będzie miała ograniczony wpływ na sprawy państwa, to sposób postępowania Donalda Tuska przez długie lata będzie decydował o skuteczności lub bezradności polskiego rządu. Trzeba więc zapytać, na ile jest to po prostu propagandowa otoczka, a na ile realny plan polityczny? Czy premier zamierza poprzestać na stwarzaniu dobrego wrażenia i produkowania miłości, czy też naprawdę chce się chwycić za bary z polskimi problemami?

Ważną wskazówką jest skład rządu. Pierwsze wrażenie nie jest porażające: większość ministrów to osoby dobrze znane pasjonatom polityki i dziennikarzom, ale już nie wyborcom. Nazwiska ministra finansów Jacka Rostowskiego czy szefa resortu sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego dopiero staną się rozpoznawalne. I może zabłysną, ale na razie są po prostu tłem dla rozświetlonej gwiazdy Donalda Tuska. Taki wydaje się był zresztą klucz do konstrukcji tego gabinetu. Przecież nawet najsilniejsza w kolejności po premierze Tusku osobowość szefa MSZ Radosława Sikorskiego natychmiast została zrównoważona nominacją na sekretarza stanu w kancelarii premiera prof. Władysława Bartoszewskiego.

To nie musi być wadą - sprawny zespół nawet anonimowych fachowców wart jest więcej niż gromada rozkapryszonych gwiazd. I oby Tuskowi udało się taki team stworzyć. Problem jednak w tym, że nie każdy w ekipie Tuska jest ekspertem. Trudno na przykład powiedzieć, by Cezary Grabarczyk znał się jakoś specjalnie na infrastrukturze, którą zarządza. Nie było też widać, by się do tego zadania przygotowywał. Może nas jednak sprawnością zaskoczy. Nawet jeśli, to pozostaje jeszcze inny kłopot drugi. Bo w sytuacji kryzysowej nie będzie komu stanąć na placu boju i wszystko może spaść na barki i nazwisko premiera.

Wskazówka druga to plan rządzenia. Wynika z niego, że premier nie boi się trudnych decyzji, jak zapowiedź wycofania polskich żołnierzy z Iraku czy twarda obietnica uzawodowienia armii. Ale w większości obszarów unika budowania - nawet ogólnego - kalendarza osiągania swoich celów. To z jednej strony posunięcie przemyślane, bo trudno będzie kogokolwiek z nieistniejącego terminarza rozliczać. Ale z drugiej, rodzi pokusę rozprzężenia i szukania tylko kolejnych dowodów propagandowej miłości zamiast osiągania twardych celów. Podobnie można ocenić zapowiedź unikania konfliktów, także tych międzynarodowych. Pomoże to zapewne uspokoić wizerunek Polski na świecie, ale co się stanie, jeśli choćby rosyjskie władze czy niektórzy skrajni politycy niemieccy nie będą chcieli uznać tego języka miłości za obowiązujący? Ugodowość może stać się słabością, szukanie porozumienia zamienić w klęskę.

Wreszcie wskazówka trzecia: styl DonaldaTuska. Chwilami można odnieść wrażenie, że część jego doradców uważa, iż nadal trwa kampania wyborcza. Ale przydługie i odebrane przez większość komentatorów expose powino być ostrzeżeniem. To już jest premier. To są inne, ostrzejsze kryteria oceny. Co było dobre w walce o głosy, co sprawdziło się w radosnych dla PO tygodniach po objęciu władzy, nie musi pracować dobrze, gdy sprawuje się władzę. Język miłości też się może przejeść. Na miejscu Tuska mniej bym więc mówił o miłości, choć robiłbym wszystko, by być kochanym. To dojrzały facet, na pewno wie, że jak kobieta naprawdę kocha, to sama to w najwłaściwszym momencie powie.