Dziennik Gazeta Prawana logo

Kaczyński broni godności Rokity

12 lutego 2009, 12:44
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Po incydencie na monachijskim lotnisku Jana Rokitę broni prezes PiS. "Takie potraktowanie polskiego polityka w obcym kraju jest niedopuszczalne. Nie wolno tego uważać za powód do żartów" - przekonuje Jarosław Kaczyński. We wtorek wieczorem Rokita został w kajdankach wyprowadzony z niemieckiego samolotu. W podróży towarzyszyła mu żona.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości powiedział, że Polska powinna zainterweniować w sprawie incydentu na monachijskim lotnisku.

Jarosław Kaczyński podkreślił także, że takie potraktowanie "polskiego polityka w obcym kraju jest niedopuszczalne" i nie wolno "tego zlekceważyć, ani też uważać tego za powód do żartów".

"Czekamy na oficjalne stanowisko w tej sprawie niemieckich linii" - mówi DZIENNIKOWI Jerzy Budnik z PO, przewodniczący sejmowej komisji regulaminowej i spraw poselskich. Dodał, że "jeżeli okaże się, że została naruszona cześć i godność posła RP, to niezbędna będzie nota Sejmu w tej sprawie, skierowana do niemieckiej administracji".

"Mieliśmy płaszcze zimowe i kapelusze. Musieliśmy z nimi coś zrobić. Miejsca bagażowe nad naszymi fotelami były już pełne. Więc położyłem te płaszcze i kapelusze na jakimś wolnym miejscu i przypiąłem je paskami do siedzenia" - relacjonował dla DZIENNIKA zdarzenie Jan Rokita. "Nagle stewardesa z niesłychaną agresją rzuca te kapelusze na Nelli, krzyczy coś po niemiecku, otwiera nad nami te przegrody bagażowe, które są pełne, i próbuje ze złością wepchnąć tam nasze płaszcze. Płaszcz Nelly spada. Znów go podnosi. Dociska go klapą. I odchodzi".

>>> Niemcy wywlekli Rokitę z samolotu

Wtedy Rokita wstał, wyjął płaszcze i przełożył do innego, mniej zapchanego luku bagażowego. "Ta stewardesa znów podeszła do mnie, zaczęła krzyczeć, że tu ona rządzi, a nie ja, i że mam opuścić samolot. Potraktowaliśmy to jako żart" - opowiada Rokita.

Po kilkunastu minutach na pokład wkroczyli policjanci. Rozkazali Rokicie opuścić samolot. Jego żona mogła zostać. "Tłumaczyłem im, że nie opuszczę. Miałem przecież bilet, to był ostatni lot do Krakowa, była prawie północ, Nelli miała być rano w Sejmie" - relacjonuje były poseł. "Zrzucili mnie z krzesła, bardzo boleśnie zakuli w kajdany. To były jakieś koszmarne niemieckie kajdany. Nawet bezpieka miała lepsze, bardziej wygodne" - opowiada.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj