Lech Kaczyński zakład Kołodki i Borowskiego przecinał. - przyznaje Borowski. Dla siebie zażądał czarnego Johnniego Walkera.
>>>Kołodko o Tusku: To finansowy impotenet
Jak mówi nam jeden z uczestników spotkania, sam Borowski miał "nastrój uszczypliwy". Prezydent najpierw milczał, potem mówił, że każdy może mówić, co chce, a w końcu zaczął z nim polemizować" - opowiada uczestnik spotkania. Ale podkreśla, że atmosfera była miła.
Jak wyglądają te spotkania? czy trochę dolanie oliwy do ognia ze strony prezydenta" - mówi nam osoba z otoczenia Lecha Kaczyńskiego.
Jak dowiedział się DZIENNIK, prezydent poczęstował gości kolacją z winem i koniakiem. Dla Kołodki podano specjalne menu wegańskie. - mówi osoba z otoczenia prezydenta.
Jak opowiadają nam uczestnicy spotkania, to właśnie były lewicowy wicepremier był na nim gwiazdą. .
- chwalił się, że przewidział przebieg kryzysu. Kołodko ostentacyjnie okazywał też brak zainteresowania bieżącą polityką. Kiedy padały nazwiska ministrów rządu Tuska, takich jak Czuma czy Drzewiecki, zwracał się do siedzącego obok Jerzego Osiatyńskiego i pytał teatralnym szeptem - "Kto to?"
Wywołał też konsternację, kiedy Odznaczenie wręczył Lechowi Kaczyńskiemu przed kamerami na początku spotkania.
Takiego planu na razie nie ma, ale niczego nie mogę wykluczyć. Ale wczoraj gościli u prezydenta byli ministrowie finansów. Z jednym wyjątkiem namawiali Lecha
Kaczyńskiego do zwołania Rady Gabinetowej w sprawie nowelizacji budżetu. Uznali, że jest to temat, który aż się prosi o takie spotkanie. To na pewno dało prezydentowi do myślenia.
Prezydent to rozważa, ale na razie nie podjął decyzji. Mamy złe doświadczenia, bo najzwyczajniejsze jego działania wynikające z prerogatyw konstytucyjnych bywają przedmiotem ataków.
Specjaliści od propagandy z kancelarii premiera każdą najnormalniejszą rzecz potrafią pokazać jako awanturę. Bo wychodzą z założenia, i mają rację, że w tym układzie mediów, jaki
istnieje, każda kłótnia obróci się przeciwko prezydentowi. W efekcie wygra Tusk, a straci Kaczyński. Dochodzi do sytuacji, kiedy każda zwyczajna czynność prezydenta musi być rozważana pod
kątem tego, co z tego zrobi połowa kancelarii premiera zajmująca się propagandą.
To wydaje się bardzo prawdopodobne. Ale raczej po 7 lipca, kiedy rząd przedstawi projekt nowelizacji budżetu.
To spotkanie może zastąpiłoby zwołanie rady albo było podstawą do podjęcia decyzji, czy ją zwoływać.
Przede wszystkim interesują go założenia nowelizacji: czy zdaniem rządu w czwartym kwartale będzie dno kryzysu, czy to już będzie wychodzenie z dołka. Czy szczyt bezrobocia to będzie 12
proc. w tym roku, czy przypadnie na przyszły i wyniesie 16 proc.? Jakieś założenia trzeba przyjąć, żeby konstruować budżet czy go nowelizować.
Byli jednomyślni w tym, że od jesieni zeszłego roku rząd oszukuje. Upierał się przy kolejnych informacjach, o których wiedział, że są nieprawdziwe. Np. co do wskaźnika wzrostu 3,7 proc.
PKB w tym roku. To nie jest tak, że kryzys zaczął się tydzień po wyborach europejskich, a wcześniej nikt o nim nie wiedział. Tak jest tylko w Polsce w ustach premiera Tuska.
No tak, ale kiedy to mówił, już wiedział, że tak nie będzie. Chyba że jest kompletnie niekompetentny albo jest analfabetą ekonomicznym. A nie jest, więc wiedział.
Przede wszystkim jest tak, że w tej chwili przedstawiane są cztery możliwe kierunki sięgania do naszej kieszeni, po to żeby potem ogłosić triumfalnie, że w trosce o Polaków tylko dwie
zostaną wprowadzone. To jest po prostu zabieg propagandowy. To nieprawda, że zobaczy się, jakie będą dochody. Najpierw trzeba podjąć decyzję o stawce podatkowej, a potem robić projekcję
dochodów, a nie odwrotnie.
Na pewno będzie patrzeć na kilka elementów. Po pierwsze, czy dane rozwiązanie jest szczególnie dotkliwe dla najsłabszych grup społecznych, najbardziej odczuwających ten kryzys. Dlatego np.
wzrost VAT-u na żywność na pewno mu się nie spodoba. Po drugie, prezydent uważa, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie wzrosło bezrobocie. Powrót do wysokiego bezrobocia to tragedia,
najcięższa choroba, której za wszelką cenę trzeba uniknąć. Rozwiązania podatkowe będą na pewno analizowane z tego punktu widzenia. Po trzecie, żeby to było solidarne i ciężar
rozkładał się na wszystkie grupy na takiej zasadzie, że jeśli ktoś jest w stanie udźwignąć więcej, to raczej jemu dokładać.
Wolałbym sformułowanie typu „tolerował” albo „zgodził się”. Chodzi też o to, żeby te rozwiązania nie tłamsiły gospodarki.
Prezydent potrafi podejmować decyzję, co do których jest przekonany, nawet jeśli one są niekorzystne politycznie. Przykład to weto w sprawie ustawy edukacyjnej wysyłającej sześciolatki do
pierwszej klasy. Wszystko wskazywało na to, że będzie odrzucone, a mimo to nie wahał się. W przypadku podatków nie będzie decydująca kwestia wizerunkowa, tylko przekonań prezydenta co do
skutków rozwiązań.
*Piotr Kownacki, szef Kancelarii Prezydenta