Prokurator nie ma litości dla krewkiego demonstranta - za kradzież czołgu i za to, że władował się nim w policyjny kordon, żąda wieloletniego więzienia.
Wszystko dlatego, że manifestanci dokładnie zaplanowali porwanie. Zakradli się na historyczną wystawę, przynieśli akumulator i przewody, po cichu podłączyli je do czołgu T-34, odpalili silnik i w kłębach spalin wyjechali na miasto. Zdjęcia, na których demonstranci idą na kordony policji z groźnie ryczącym sowieckim tankiem, obiegły media na całym świecie.
Po ostrym stłumieniu zamieszek na ulicach Budapesztu, które wybuchły w 50. rocznicę antysowieckiego powstania, teraz policja rozprawiła się z miasteczkiem namiotowym przed parlamentem. Namioty, plecaki i śpiwory wyjechały z placu na ciężarówkach. "Nie zgadzam się na kolejne demonstracje" - ostro mówi szef policji. Teraz każdą grupę antyrządowych manifestantów będzie można w majestacie prawa spałować i aresztować.
A pałowanie demonstrantów - ku zaskoczeniu świata - spodobało się Węgrom, którzy mają już dość ulicznych burd. Spadła liczba przeciwników premiera Ferenca Gyurcsany'ego - z 56 proc. do 48. Wygląda na to, że szefowi rządu upieką się kłamstwa, jakimi karmił swój naród: że gospodarka Węgier kwitnie i że jest coraz lepiej. Zamieszki wybuchły po tym, jak z posiedzenia rządu wyciekły taśmy, na których Gyurcsany przyznał się do łgarstw.