O kontrowersyjnej transakcji jako pierwszy napisał w niedzielę brytyjski "Mail on Sunday". Między lutym 2004 r. a majem 2010 r. niewymienione z nazwy spółki uzyskały w sumie pięć licencji na eksport NaF do Syrii. - To bardzo niepokojące informacje. Nigdy nie powinniśmy byli pozwolić reżimowi prezydenta Al-Asada położyć łapy na tej substancji - komentował opozycyjny deputowany Thomas Docherty w rozmowie z tabloidem. - Początkowo sądziliśmy, że choć licencje eksportowe zostały wydane, transakcje nie były realizowane. Teraz wiemy, że było inaczej - dodawał Docherty, który zasiada m.in. w parlamentarnej komisji ds. eksportu uzbrojenia.

Reklama

Tymczasem Baszar al-Asad po raz kolejny zaprzeczył, jakoby to wierne mu oddziały użyły gazów bojowych przeciwko cywilom.

Nie ma na to nawet śladu dowodu. Nie było nas na terenie, na którym doszło do rzekomego ataku chemicznego. Rzekomego - bo nawet nie jesteśmy pewni, czy cokolwiek takiego się stało. W innym rejonie kraju to nasi żołnierze zostali zaatakowani chemicznie - tłumaczył rządzący Syrią od 13 lat przywódca w rozmowie z amerykańską telewizją CBS. Tymczasem próbki zebrane przez ekspertów ONZ na miejscu zdarzenia będą badane jeszcze przez kilka tygodni.