SŁAWOMIR CICHY: Mimo strasznej tragedii przed rokiem, mimo aresztowań, wniosków pokontrolnych, kar - w "Halembie" nadal nie przestrzega się zasad bezpieczeństwa. Dlaczego?
GÓRNIK Z "HALEMBY": Bo czym się różni nasza kopalnia od innych? Wszędzie jest tak samo. Liczy się wydobycie, zysk, plan. Kontrolerzy nie wejdą wszędzie. Węgiel musi wyjeżdżać na górę, żeby pan mógł włączyć światło wieczorem, a ja, żebym dostał wypłatę.
To takie proste? Idzie pan do pracy, wiedząc, że to może być ostatni zjazd, i myśli o tym, że ja muszę mieć światło?
Mówię, jak to jest nam przedstawiane. Co ja wówczas myślę, to inna sprawa.
Co pan myśli tam na dole?
Że chcę jeszcze zobaczyć żonę i syna. Liczę dni do emerytury i cieszę się, że każdy kolejny dzień zbliża mnie do tej daty. Kiedy słyszę o pomysłach polityków, żebyśmy pracowali do 65. roku życia jak inni, krew mnie zalewa. Ilu z nas miałoby szansę cieszyć się z wnuków?
Myśli pan o śmierci, stojąc w windzie i jadąc w dół?
Takie myśli przychodzą, ale staram się je odrzucać. Nie boję się śmierci od wybuchu albo zawału. Nie oznacza to, że się nie boję w ogóle. Byłbym głupcem, gdybym nic nie czuł. Panicznie boję się powolnego konania. Uduszenia się, zanim przyjdzie pomoc.
Wy naprawdę wierzycie, że w razie wypadku pomoc nadejdzie?
Podobno na świecie dwie rzeczy są nieuchronne: śmierć i podatki. W życiu górnika jest jeszcze jeden pewnik. Kiedy potrzebuje pomocy na dole, koledzy zrobią wszystko, by go uratować. Ma jak w banku, że ratownicy go znajdą najszybciej jak to możliwe. Nie będzie zapomniany i zostawiony. Zostanie zwrócony rodzinie żywy lub... Wiem, że moi będą mieli gdzie zapalić świeczkę.
Rozmawia pan o tym z żoną? Jak ona reaguje?
Nie. Nigdy nie opowiadam szczegółów z kopalni. Zawsze mówię, że u mnie jest bezpiecznie. Że nie ma się czego bać.
I ona panu wierzy?
Nigdy nie zadaje pytań. Nawet kiedy był ten wybuch u nas, nie pytała o moją pracę. Siedzieliśmy przed telewizorem, oglądaliśmy relacje, jakby to działo się gdzie indziej, a nie na mojej kopalni. A rano do roboty, bo przecież mimo tragedii trwało normalne wydobycie.
Kobiety, które stały wówczas pod bramą Halemby, czekając na mężów, ojców i braci, nie próbowały pytać pana, jakie ich chłopy mają szanse?
Nie zatrzymywałem się przy nich. Nie szukałem kontaktu. Bo co miałbym im powiedzieć? Zbigniew Nowak, który kiedyś 115 godzin przesiedział w dziurze na tym samym pokładzie, był przykładem, że cuda się zdarzają. My też w takie cuda wierzymy.
Ten rok był łaskawy dla polskich górników. Tymczasem w Doniecku po wybuchu metanu w kopalni liczba ofiar sięgnęła 70. Nadzieje na uratowanie kolejnych 30 są nikłe.
Ten rok jeszcze się nie skończył. I nie chcę go chwalić przed rocznicą tragedii w Halembie. Istnieje taki stary górniczy przesąd, że przed Barbórką zawsze coś się musi wydarzyć. Dopiero po 4 grudnia zaczynamy świętować. Trudno porównywać pracę w ukraińskich kopalniach i naszych. To inny świat.
Podobno polskie kopalnie są najbezpieczniejsze na świecie.
Żadna kopalnia nie jest bezpieczna. To żywioł, natura, która nie wybacza zaniedbań i lekceważenia. Błąd można popełnić tylko dwa razy - pierwszy i ostatni. Chodzi o to, by nikt nie popełniał go z premedytacją, żądając od nas pracy mimo wysokiego zagrożenia.
A gdzie radość z pracy?
Był pan kiedyś na dole, na przodku? W 40 stopniach, gdzie pokład ma 80 cm wysokości? Gdzie woda leje się za kołnierz? Gdzie chwila nieuwagi, źle przystawiona ręka i traci się palce? Radość to ja czuję, kiedy widzę światło po wyjściu na górę.
To może warto zmienić zawód.
I co będę robił? Ci, którzy wzięli kilka lat temu odprawy i odeszli, dalej robią pod ziemią. Tyle że w Czechach albo Anglii. Inni siedzą na pomostówkach za grosze. Nie da się nauczyć górnika po 20 latach pracy na dole nowego fachu. To jak przesadzanie starych drzew. Poza tym ktoś musi to robić. Ale wiem jedno: tym kimś nie będzie mój syn.
Rozmówca DZIENNIKA jest górnikiem z KWK "Halemba" w Rudzie Śląskiej