Jacek Reder siedział w grudziądzkim więzieniu za kradzieże - miał do odsiedzenia 4 lata i 8 miesięcy. Ale pod koniec lutego - co ujawnił TVN w programie "Prosto z Polski". 25-latek tłumaczył strażnikom, że to jakaś pomyłka, ale nie miał wyboru - musiał wyjść na wolność. , ale Reder nie chce już być przerzucany z miejsca na miejsce - żąda odszkodowania, bo zdążył załatwić sobie pracę.
JACEK REDER: Oszukany. 27 lutego w piątek przyszedł strażnik i powiedział, że mam oddać swoje rzeczy do magazynu, bo wychodzę. Mówiłem przed wyjściem, że to musi być pomyłka, bo termin
wyjścia mam w październiku. Strażnik i jego przełożony, u którego byłem, twierdzili jednak swoje. Mieli wszystkie dokumenty potrzebne do zwolnienia podpisane przez dyrektora więzienia. Więc
wyszedłem i pojechałem do domu.
Wróciłem do domu, przygotowałem paczkę dla kolegi z więzienia zaniosłem ją na bramę, nawet zostawiłem im swój dowód osobisty, ale nikt się nie zainteresował. Zacząłem układać sobie
życie na wolności, poszedłem do urzędu pracy, zarejestrowałem się i dostałem pracę. Miałem zacząć ją już od następnego poniedziałku. Jednak już w poniedziałek zadzwoniła Służba
Więzienna, mówiąc, że muszę wracać, bo zaszła pomyłka. Dzwonili, bo w domu mnie nie zastali. Powiedzieli, że nawet mogą po mnie przyjechać, żebym nie musiał płacić za bilet. Nogi się
pode mną ugięły. Powiedziałem im, że nie wrócę, bo mam wszystkie dokumenty potwierdzające, że na wolności jestem legalnie.
Tak. Taki mam zamiar. Mój tata nie pracuje, brat nie pracuje, a mama jest na rencie. Kiedy mi udało się dostać pracę, muszę wracać do więzienia. Wrócę, owszem, ale najpierw chce dostać
zadośćuczynienie, bo ucierpiała moja psychika. Jestem załamany. Myślałem, że moje życie już się ułożyło, że pomogę rodzicom. Byłem już w sądzie, bo staram się o pomoc na
usamodzielnienie i dzwoniłem do biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Zamierzam też znaleźć adwokata. To nie w porządku, nie można tak postępować z ludźmi.