"Leżymy w samym centrum Bieszczad, ale turyści nas omijają" - skarży się Maciej Grzegorzek, jeden z inicjatorów rekonstrukcji szlaku Waltera. "Wszyscy ciągną do Komańczy, nad Solinę albo do Ustrzyk, bo tam jest więcej atrakcji" - tłumaczy. Pomysł poddali mu turyści. "Pytali, dlaczego nie wykorzystujemy atutu, jakim jest miejsce bitwy, w której zginęła jedna z najpopularniejszych postaci w PRL" - mówi Grzegorzek.
Popularność dość dwuznaczna. Człowiek, który przydomek Walter zawdzięczał nazwie pistoletu, z którego zabijał jeńców, był zwykłym zbrodniarzem. Jako żołnierz rosyjskiej amii, w czasie wojny polsko-bolszewickiej na własną prośbę dowodził batalionem walczącym z Polakami. Jako generał był nieudolny, bezsensownie poświęcał podległych mu żołnierzy. Jego nieudolne decyzje doprowadziły do śmierci prawie 5 tys. ludzi.
Po wojnie, jako wiceminister obrony, odpowiadał za aresztowanie i katowanie żołnierzy AK. Okoliczności jego śmierci do dziś budzą kontrowersje. W marcu 1947 r. "Walter"
kontrolował garnizony wojskowe w Bieszczadach, gdzie trwały walki z oddziałami UPA. 28 marca zginął w zasadzce zorganizowanej przez ukraińskich partyzantów. Niektórzy historycy twierdzą, że
jego śmierci chciały władze państwa, by w odwecie przeprowadzić planowaną akcję wysiedlania z Bieszczad ludności ukraińskiej.
"Przewodnik, który by tam oprowadzał turystów, musi mówić prawdę o niechlubnych czynach Świerczewskiego. Historii nie da się zmienić, to, co się zdarzyło, powinno być pamiętane,
ale ludziom trzeba mówić prawdę, tym bardziej że do wielu starszych ludzi mogło nie dotrzeć, że <Walter> nie jest już bohaterem" - uważa Renata Pastuszak, dyrektorka
miejscowej podstawówki.