"Fakt" publikuje wstrząsającą relację jednej z byłych pracownic domu opieki w Radości. Opiekunka postanowiła mówić, gdy zobaczyła w telewizji film nakręcony telefonem komórkowym. Widać na nim, jak inni opiekunowie znęcają się nad starszą kobietą. "Już dłużej nie mogłam milczeć. Chcę opowiedzieć o tych dniach pracy w tym strasznym miejscu. One odmieniły moje życie" - mówi "Faktowi" była opiekunka Anna Szandrowska.

"Mimo że koszt pobytu w pensjonacie był wysoki, personel i tak robił oszczędności. Oszczędzano na jedzeniu dla tych starych, schorowanych i cierpiących ludzi. A oni potrzebowali przecież zdrowych posiłków, które zawierają witaminy i mikroelementy. Zamiast tego dostawali zaledwie cienką zupkę na szkielecie kurczaka, z obierkami warzyw.

Przerażający był również sposób, w jaki opiekunowie karmili pensjonariuszy. Gorącą zupę wlewali im na siłę, prosto do gardła. Nawet gdy ci ludzie nie chcieli jeść lub odruchowo cofali głowę przed gorącą zupą. Któregoś dnia dostałam polecenie umycia starszej, chorej na alzheimera kobiety. Gdy rozebrałam staruszkę, przyszła inna opiekunka i otworzyła okno. Gdy zaprotestowałam, kobieta rzuciła w moją stronę, że właśnie teraz musi przewietrzyć pomieszczenie.

Nic jej nie obchodziło, że przecież starsza pani jest rozebrana i może się przeziębić. Gdy mimo to zamknęłam okno, opiekunka znów je otworzyła. Być może z powodu zimna starsza pani zemdlała na moich rękach. Gdy zbiegły się inne pracownice ośrodka, położyły ją tylko na łóżku. Nawet nie wezwały lekarza. Kobiety śmiały się tylko, że jak ta staruszka umrze, to przynajmniej zwolni się miejsce.

Na początku mojej pracy naiwnie myślałam, że szefostwo Fundacji <Betania>, która jest właścicielem domu w Radości, nie wie o tym, jak traktowani są pensjonariusze. Gdy ówczesnej pani prezes opowiedziałam wstrząsające fakty, nie chciała ze mną rozmawiać. Nikt nie myślał również, by jakoś pomóc tym ludziom, osaczonym i gnębionym przez opiekunów.

Do dziś nie potrafię zapomnieć, jak inni opiekunowie bili po twarzy, wykręcali ręce i poniżali bezbronnych staruszków. A przecież dostawali pieniądze za to, by im pomagać, ułatwić im ciężką starość. To miał być dom spokojnej starości, a nie dom terroru.

Wszystkie te dramatyczne sceny działy się za zamkniętymi drzwiami ośrodka. Gdy rodziny przychodziły odwiedzać swoich bliskich, dom lśnił, a ludzie leżeli w czystej i zadbanej pościeli. Opiekunowie byli mili, udawali współczucie. Jednak gdy rodziny wracały do domu, koszmar zaczynał się na nowo. Przepracowałam tam tylko pięć dni, bo dłużej nie mogłam przyglądać się tragedii starszych ludzi. Nie byłam w stanie zmienić postępowania personelu ośrodka. Nie potrafiłam również dłużej patrzeć na to, jak te kobiety traktowały pensjonariuszy.

Nigdy nie zapomnę tych wyzwisk, krzyków, tortur. Czasami śni mi się to w nocy.

Mam do siebie żal, że nie opowiedziałam o tym wszystkim wcześniej. Być może sprawa wydałaby się wcześniej, a starsi ludzie, którzy tam mieszkali, nie byliby tak poniżani".