Alicja B., jej matka Teresa i 11-letni Jaś nie mogą uwierzyć, że ich koszmar minął. Choć przecież w gazetach oglądają zdjęcia swojego oprawcy, jak idzie zakuty w kajdanki. Siemiatycka prokuratura postawiła gwałcicielowi siedem zarzutów - zmuszania i obcowania płciowego z nieletnią (do 12 lat więzienia), rozboju z użyciem ostrego narzędzia, uwięzienia i gróźb karalnych. Krzysztof B. nie przyznaje się do winy. Jego rodzina dopiero teraz ma szansę na powrót do normalności - pisze "Fakt".
>>>Przeczytaj, dlaczego gwałcona Alicja tyle lat milczała
Imponował żonie: nie pił, był pracowity
Krzysztof B. swoją przyszłą żonę poznał w Pasikurowicach na Dolnym Śląsku. Przyjechał tutaj z Rzywórzek pod Łosicami w województwie mazowieckim. Wychował się w wiosce liczącej zaledwie kilkudziesięciu mieszkańców. "Mało go pamiętam. Dawno temu przeprowadził się do Wrocławia. Na gospodarce z matką został jego młodszy brat Janusz" - opowiada " Faktowi" sąsiadka, pani Jadwida.
Zanim Teresa wyszła za Krzystofa B., pracowała przy produkcji kroplówek w aptece klinicznej we Wrocławiu. Pokochała go. Imponował jej, bo był pracowity. Mieszkańcy Pasikurowic, którzy znają go z tego czasu, nie mogą uwierzyć, że Krzysztof B. to potwór. Choć potwierdzają, że był porywczy.
Po ślubie w 1987 r. Krzysztof B. zamieszkał z Teresą w domu teściów (jej adopcyjnych rodziców). Tu urodziła się Alicja.
Był dla rodziny panem i władcą
"Teresa z dziećmi nigdzie nie wychodziła" - opowiada Janina Koza, która była chrześnicą Teresy. " Krzysiek wszystkich kontrolował i był w tym domu panem i władcą. Teresa i dzieci bali się go jak diabła" - mówi gazecie.
>>>Matka Alicji: Nie umiałam wyrwać córki z piekła
Krzysztof B. prowadził koło domu warsztat blacharski. Żył jak każdy. Posyłał dzieci do komunii, a w niedzielę chodził do kościoła.
Dzięki temu, że pracował w domu zawsze miał na oku żonę i dzieci. Ali i Jasiowi nie wolno było wychodzić za płot okalający podwórko. Każdy sprzeciw wobec ojca był surowo karany.
"Kiedy Jasiek był niegrzeczny, ojciec wrzucał go do bagażnika samochodu i wywoził na pole" - opowiada Alina Sikora, właścicielka sklepu w Pasikurowicach. "Jak chłopca dobrze wytrzęsło i najadł się strachu, otwierał bagażnik i pytał: A teraz będziesz grzeczny?!" - dodaje. "To był prawdziwy furiat, wariat. On wpadał w szał na trzeźwo. Teresę też bił. To było widać. Zawsze zalękniona, zestresowana. Na wiosce nie było jej wcale widać. Ciągle w domu siedziała".
Dziewczyna nie żaliła się nikomu
Ale w najczarniejszych snach nikomu nie śniło się, że Krzysztof B. gwałci córkę: "Nikomu się nie żaliła, nic nie mówiła... " - twierdzi Alina Sikora. - "Czasami widziałam ją, jak spaceruje z braciszkiem w wózku. Zawsze cicha, spokojna i małomówna" .
Ludzie jednak we wsi wiedzieli, co przeżywa matka Alicji. Mąż bił ją i gwałcił - pisze "Fakt". Kiedy zachodziła w ciążę, krzyczał, że żadnych "bachorów" więcej nie chce. "Dopóki miała pieniądze, ciąże usuwała" - wyznaje Janina Koza. "Ostatnią poroniła" - dodaje.
To było w lipcu 2001 r. Gdy poroniła, była w czwartym miesiącu. Leżała w domu w kałuży krwi. Karetka zabrała ją do wrocławskiego szpitala przy ul. Kamińskiego. Sprawą zainteresowała się prokuratura. " Kobieta trafiła na ginekologię z powikłaniami poporodowymi" - mówi Małgorzata Klaus, rzeczniczka wrocławskiej prokuratury okręgowej.
Z sekcji, którą przeprowadził wrocławski Zakład Medycyny Sądowej, wynikało, że płód był martwy. Prokuratura umorzyła więc postępowanie.
2005: Alicja rodzi pierwsze dziecko
Po tym wydarzeniu rodzina żyła dalej, jakby nic się nie stało. I choć wieś plotkowała, że Krzysztof to furiat i wariat, nikt nie zareagował - pisze "Fakt".
Gdy okazało się, że w ciąży jest jego córka Alicja, zaczęły się domysły, kto może być ojcem. Żaden chłopak się u niej nie pojawiał. Po wsi krążyły plotki, że ojcem jest któryś z klientów warsztatu.
Nikt nie sądził, że dziewczyna zaszła w ciążę z własnym ojcem. W połowie lutego 2005 r., na ginekologii Akademickiego Szpitala Klinicznego przy ul. Chałubińskiego we Wrocławiu na świat przyszedł starszy synek - owoc kazirodczego gwałtu na Alicji.
To nie był łatwy poród. Maleństwo trzeba było wyciągać kleszczami. Chłopczyk urodził się z wadą wrodzoną zastawki trójdzielnej serca i z zapaleniem spojówek. Dwa dni po porodzie ojciec, który cały czas był przy Alicji, zabrał ją ze szpitala. Chłopczyk został tam jeszcze prawie miesiąc. Potem został oddany do adopcji.
2006: Powrót na Podlasie
Tuż po tym wydarzeniu Krzysztof B. zabrał rodzinę na Podlasie. Skąd ta nagła ucieczka? Policjanci przyznają, że Krzysztof B. popadł w problemy z prawem - ponoć fałszował dokumenty samochodowe. Ale ojciec-sadysta nie zabrał rodziny do rodzinnych okolic, tylko do wsi Grodzisk. Sprowadzili się tutaj, kiedy Alicja była w szóstym miesiącu ciąży. Żeby ukryć przed sąsiadami duży brzuch, zakładała fartuch kucharski. A kiedy ktoś przychodził do domu, ojciec zamykał ją w jednym z pokoi.
W 2007 r. urodziła kolejnego syna. Tym razem w szpitalu w Siemiatyczach. Lekarze byli trochę zdziwieni, kiedy dowiedzieli się, że nie była badana przez ginekologa. I to dziecko zostało w szpitalu. Nikt więcej o nic nie pytał.
Znowu byli "normalną" rodziną. Udawali taką do tego stopnia, że pracownik opieki społecznej podczas wywiadu nie domyślił się, że coś może być nie tak. Za zamkniętymi drzwiami ciągle jednak dochodziło do awantur. Zarówno córka, jak i matka próbowały się buntować.
Matka namówiła Alę, żeby uciekła z domu. Ale ojciec zawsze ją odnajdywał. Porywał ją, wywoził za granicę, znowu gwałcił. W końcu wyjechał na kilka dni i matka i córka postanowiły to wykorzystać. Zgłosiły się na policję. I tak zakończyły sześcioletni dramat.