KONRAD BORA*: Nigdy. Mimo swojego wieku to maszyna naprawdę bezpieczna i mało awaryjna.
Nie wierzę, by ten helikopter rozbił się z powodu usterki. Maszyny, na których latamy, są pod ciągłym nadzorem technicznym. Naprawdę nie ma się co przyczepiać do ich sprawności.
To bez znaczenia. Tyle lat w tym śmigłowcu miała jedynie tabliczka znamionowa. Wszystko inne albo zostało wymienione, i to wielokrotnie, albo poddane kapitalnemu remontowi. Poza tym śmigłowiec
nie był wcale tak bardzo wyeksploatowany. Mi-2 złomuje się dopiero po wylataniu przez nie około 9 tys. godzin. Mógł więc jeszcze polatać dość długo. Oczywiście te śmigłowce to
przestarzała konstrukcja. Od współcześnie produkowanych maszyn dzieli je technologiczna przepaść.
Piętą achillesową są na pewno słabe silniki, dwa razy słabsze od eurocopterów, na które niebawem się przesiądziemy. W Mi-2 w razie usterki jednego z silników na drugim nie da się lecieć.
Można jedynie lądować. Poza tym Mi-2 nie mogą latać w nocy.
Są gorsze właściwie pod każdym względem. Francusko-niemiecka maszyna może latać w nocy, przy minimalnej widoczności i ma taki nadmiar mocy, że w razie wyłączenia jednego z silników może
spokojnie kontynuować lot. A do tego Eurocopter ma mniejszą o pięć metrów średnicę wirnika, która pozwala lądować w trudnym terenie, np. przy ciasnej zabudowie.
*Konrad Bora, pilot śmigłowców z 24-letnim doświadczeniem, kierownik filii Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu