Swego czasu Kazimierz Kutz napisał na łamach "Gazety Wyborczej" (21-22.10.2006): "Gdyby Adama Michnika pozbawiono (...) żywota i nie było by <Gazety Wyborczej>.(..) nie doszłoby do „afery Lwa Rywina”(...) Bracia Kaczyńscy nie byliby w stanie dojść do dzisiejszych kreacji politycznych. Adam Michnik jest politycznym magiem najnowszej historii Polski i dlatego stał się w IV RP erzacem Alfreda Dreyfusa (...) sprawa Dreyfusa we Francji przyczyniła się do powstania tzw. nowoczesnego antysemityzmu. U nas (...) ujawniła podskórne tęsknoty za pogromem."
Kazimierz Kutz szafując przymiotnikami wyjaśnia: "muszę się ...przyznać do swoistego powinowactwa duchowego z Adamem...łączy nas duch oświeceniowy, jagielloński gust historyczny i polski idealizm obywatelski wyhodowany na kwiatach polskiej kultury."

>>> Pani na Agorze. Przeczytaj sylwetkę Heleny Łuczywo


Przytaczam opinie Kutza bo wiem, że to pogląd jakiejś części Polaków, a ja chcę napisać dlaczego inaczej oceniam GW i rolę - na pewno dominującą - jej Redaktora.
Gazeta powstała dzięki porozumieniu Okrągłego Stołu przed wyborami 4 czerwca 1989 roku. Adam Michnik "dostał ją" od Wałęsy o którego sympatię - mówiąc najdelikatniej - bardzo zabiegał. Nie wszystkim się wtedy podobało, że to Michnik będzie wydawać dziennik opozycji. Jakkolwiek opozycja była wówczas raczej zjednoczona, to przecież było jasne, że jest pluralistyczna. Niektórzy uważali więc (nie należałem wówczas do nich), że Gazeta nie zachowa równej sympatii (i równego dystansu) do wszystkich nurtów opozycji, bo Michnik był przecież liderem jednego z jej nurtów. Jednak żadne instytucjonalne zabezpieczenia nie zostały poczynione. Rada nadzorcza (w składzie Bujak, Wajda, Paszyński) nie miała, o ile wiem, żadnego istotnego znaczenia w kształtowaniu profilu Gazety, zresztą jej skład zapewniał rozstrzygnięcia zbieżne z pomysłami Redaktora.

Czas pokazał niestety, że ci którzy żywili obawy o bezstronność Gazety kierowanej przez Michnika mieli rację. Jednak nikt chyba nie przewidywał, że Gazeta - z gigantycznym zyskiem dla jej głównych animatorów (czytaj - przyjaciół Adama Michnika) - stanie się przedsięwzięciem prywatnym, ale o ogromnym wpływie na życie publiczne.

GAZETA JEDNEGO NURTU
Ludzie Gazety z naciskiem podkreślają, że wystartowała ona z bardzo skromnymi środkami, że pracowali w pionierskich warunkach. To oczywiście prawda, tyle że bardzo niepełna. Gazeta zyskała praktycznie jako jedyna historyczny handicap, bo reprezentowała wielki ruch antyreżimowy. To nie przypadek, że jej nakład właściwie natychmiast osiągnął pół miliona egzemplarzy, że posypały się reklamy i przyszła pomoc zagraniczna. Oczywiście wszystko to można było zaprzepaścić. Ale też nikt nie twierdzi, że ludzie Gazety nie wykorzystali wielkiej szansy jaką uzyskali dzięki upadkowi komunizmu i szczodremu nadaniu.

Gazeta właściwie od samego początku nie chciała jednak podjąć się roli wyraziciela racji całej dawnej opozycji. Wobec narastających podziałów a nawet wrogości byłoby to zresztą bardzo trudne. Pierwszy bardzo poważny konflikt, to była "wojna na górze", którą rozpętał Wałęsa popychany swoimi prezydenckimi ambicjami. Ale też akcja Wałęsy oznaczała uderzenie w struktury dawnej opozycji do kontroli których silnie aspirowało uformowane już środowisko "familii" (którego Michnik był jednym z liderów). Gazeta jednoznacznie zaangażowała się nie tylko przeciw Wałęsie (ale potem - trzeba to przyznać - twardo poparła go w II-giej rundzie wyborów przeciw Tymińskiemu), ale także przeciw pluralizacji solidarnościowego ruchu. Od tego momentu Gazeta, jej Redaktor (i jego zespół), w jawny sposób podjęli samodzielną grę na scenie publicznej. Gazeta stała się właściwie quasi partią, a jej Redaktor dożywotnim jej liderem. Pewnie w historii takie sytuacje już się zdarzały, ale w kategoriach etycznych i politycznych trudno to pochwalić – chyba nawet wtedy, gdy sympatyzuje się (ja nie sympatyzuję) z polityczną opcją Gazety. Szczególnie, że wielkie znaczenie mają tu dwa czynniki dodatkowe: majątkowe "uwłaszczenie" ludzi Gazety na jej gigantycznym majątku i metody zwalczania inaczej myślących.

GOSPODARCZO - LIBERALNA, SPOŁECZNIE - LEWICOWA
Polityczna sympatia Gazety jest jasna i od lat (mimo zmieniającej się sytuacji) stabilna. Pewne kontrowersje może jednak budzić objaśnienie przyczyn, które przesądziły, że ludzie Gazety mają właśnie takie sympatie. Gazeta ma oblicze liberalno-lewicowe w takim sensie w jakim potocznie to rozumiemy tzn. co najmniej bliskie jest jej neoliberalne objaśnienie kwestii gospodarczych i społecznych oraz lewicowe widzenie kwestii obyczajowych, stosunku do kościoła, karania przestępstw itp. Pewnie głównym źródłem tej tożsamości są po prostu przekonania ludzi Gazety, przeświadczenie, że Polska powinna być - w powszechnym interesie swoich obywateli - krajem o bardzo liberalnej gospodarce i systemie demokratycznym nastawionym na ochronę indywidualnych wolności. Jednak te generalne przekonania wydają się być uwarunkowanie pozycją konkretnych ludzi Gazety i ich osobistymi uwikłaniami.

Ryzykując błąd chcę zauważyć, że Michnik zawsze (nieomal obsesyjnie) obawiał się wpływów w Polsce narodowej prawicy. Sądził - nie bez poważnych argumentów - że prawica przywiedzie nietolerancję i zagrozi europejskim standardom. Myślę, że właśnie to przypuszczenie (podzielane przez sporą część polskich inteligentów) jego Gazetę popychało to do akceptacji kompromisu ze światem postkomunistycznym. Kompromisu politycznego, ale też etycznego. W tym pierwszym planie mieli się połączyć lewicowi liberałowie z obydwu stron historycznej barykady. W tym drugim planie było uznanie dla Jaruzelskiego i Kiszczaka, przyjazne kontakty z Urbanem, a przede wszystkim - niestety - zwalczanie wszelkiej postaci lustracji.

Narażając się na zarzut zbyt uproszczonego wnioskowania chcę zwrócić też uwagę na fakt, że liberalna tożsamość Gazety w kwestiach gospodarczych i społecznych ma pewnie swe źródło także w materialnym statusie jej wpływowych ludzi. Otóż, nie tyko w Polsce, ale i w świecie, nie ma chyba drugiego zespołu dziennikarskiego, który uzyskał by poziom zamożności tak bardzo odbiegający od przeciętnych standardów. A jest przecież coś na rzeczy (tylko "coś") w powiedzeniu, że punkt siedzenia określa punkt widzenia.

Nie zamierzam rzecz jasna kwestionować prawa ludzi Gazety do posiadania i głoszenie jej poglądów ani do aktywnego zabiegania o to by stały się poglądami rządzącej większości. Mój zarzut dotyczy "podstępnego" przechwycenia głównego instrumentu działania tj. "Gazety Wyborczej" i uwłaszczenia się na jej majątku. Niestety, także sięgania po niegodne metody dziennikarskie. Wiem, że to poważne zarzuty.

I KTO TU JEST CHULIGANEM
"Gazeta" piętnując - często słusznie - chuligańskie działania mediów "prawicowych", próbuje stworzyć wrażenie, że sama po takie metody nie sięga. Sięga. Pamiętam, gdy premierem został J.Olszewski a ministrem finansów był A.Olechowski, który przedstawił budżet państwa "zapięty na wszystkie liberalne guziki". Na pierwszej stronie Gazety ukazała się jednak karykatura: spocony Olszewski przy pomocy wyżymaczki drukował pieniądze.

Napisałem kiedyś (na łamach "Rzeczpospolitej"), że uwłaszczeniowa operacja Gazety (formalnie biorąc przekształcenie Agory w spółkę akcyjną) jest moralnie naganna ze względu na gigantyczne korzyści jakie z tego uzyskali jej główni animatorzy (często w przeszłości czynni w demokratycznej opozycji). Zadzwonił wtedy do mnie mój przyjaciel i powiedział: "Oni ci tego nie darują". I rzeczywiście, po około dwu miesiącach (20-21.03.2004.) w wydaniu weekendowym (na dwu stronach rozkładówki !) ukazał się poświęcony demaskacji mojej skromnej osoby artykuł autorstwa wypróbowanych autorów od trudnych spraw: Skoczylasa i Beresia. Artykuł był ewidentnie wcześniej zamówiony, a autorzy zdrowo się spracowali. Żadnej rozmowy ze mną jednak nie przeprowadzili. Powiem więcej, nie mogli jej przeprowadzić, bo nie mogli by wtedy przypisać mi np. sympatii do Samoobrony. Zrobili to, choć łatwo mogli znaleźć moje publiczne opinie o Samoobronie więcej niż krytyczne. Ale nie wszystko w tym tekście było o mnie złe - dokąd miałem poglądy zbliżone do Gazety (lub wcześniej do jej obecnych redaktorów), byłem w porządku. Potem nagle stałem się politycznym łajdakiem. Gazeta nie zapomniała o mnie choć, gdy ten tekst się ukazał, byłem już ewidentnie na politycznym aucie. Tylko jeszcze raz w przeszłości duży dziennik poświęcił mi personalnie tak wiele miejsca. To była w 1982 roku "Trybuna Ludu”. Autor Trybuny napisał swój tekst w podobnym stylu co Bereś i Skoczylas.

AKCJE, AKCJE CZYLI ZA CO TA NAGRODA
W moim stosunku do Gazety najważniejsza jest jednak sama sprawa, która przywiodła na mnie gniew jej redaktorów - ich "uwłaszczenie". Długo wydawało się to zupełnie niemożliwe, a podejrzenia, że redaktorzy mogą czerpać z wydawania Gazety jakieś znaczne profity traktowane były jako wredne pomówienia. W każdym razie Zbigniew Bujak (członek rady nadzorczej Agory), zawsze mi mówił, że to zupełnie bezinteresowne przedsięwzięcie. Nagle jednak się okazało, że przy okazji przekształcenia Spółki z o.o. Agora w Spółkę Akcyjną Agora (to była skomplikowana, wieloetapowa operacja z zakresu "inżynierii finansowej") jej wpływowi ludzie (ale - co trzeba podkreślić - z wyjątkiem Michnika, choć - niestety - z udziałem Bujaka) otrzymują w postaci akcji (uzyskanych praktycznie za darmo) gigantyczne majątki. Zasada rozdziału akcji była inna niż przy prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw, gdzie znaczenie rozstrzygające ma staż pracy. W Agorze liczyły się zasługi (które "zasłużeni" sami określali) i dlatego najważniejsi (na pierwszym miejscu w tej hierarchii są Niemczycki, Łuczywo i Rapaczyńska, ale wysoko lokują się też Rawicz, Pacewicz, Blumsztajn, Skalski i szereg innych) otrzymują (w zbywalnych akcjach) majątek wart - w skrajnych przypadkach - dziesiątki milionów. Płotki na samym dole otrzymują po kilka tysięcy złotych.

>>> Przeczytaj: Jak podzielono się pieniędzmi Wyborczej

W momencie przeprowadzenia całej operacji Gazeta była u szczytu swoich politycznych wpływów i pewnie dlatego prawie żadne medium (z publiczną TV na czele) nie ekscytowało się tym największym chyba uwłaszczeniem III RP. Całe przedsięwzięcie powściągliwie opisała tylko "Rzeczpospolita". Nie znam żadnej próby zakwestionowania przytoczonych na jej łamach liczb i informacji, więc posługuję się nimi jako w pełni wiarygodnymi. Na zacytowanie zasługuje przynajmniej taka informacja: "na starcie" około 100 wiodących postaci Agory (w tej liczbie chyba L.Maleszka) otrzymało majątek w akcjach wart około 1 mld zł (największy pakiet był wart około 20 mln USD - wg. ówczesnego kursu). Jednocześnie brak jest informacji, że jakaś część tego bogactwa przekazana została na przedsięwzięcie społeczne, charytatywne itp.

Odrzucam pogląd ludzi Gazety, że oni po prostu wypłacili sobie nagrodę za rynkowy sukces. Upieram się, że ludzie Gazety wypłacili sobie w istocie najbardziej sowitą nagrodę za wcześniejsze - niewątpliwe zresztą - zasługi dla obalenia w Polsce komunizmu. Ale to nagroda wielokrotnie zbyt wysoka, znamionująca pazerność. Oskarżam ich też o skrajną obłudę. W bezpośredniej bliskości czasowej ich uwłaszczeniowej operacji, ówczesny AWS przedstawił w sejmie projekt ustawy, która miała zagwarantować dawnym opozycjonistom, znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej, skromną pomoc z państwowych środków. Pamiętam pełne oburzenia komentarze Gazety: przecież nie walczyliśmy dla przyszłej nagrody. Sam nie mam kłopotów materialnych, ale spotykam ludzi z opozycyjnymi zasługami, których sytuacja jest bardzo trudna. Nieraz zgoła dramatyczna.

DZIWNA ULGA PODATKOWA
Ale być może jest jeszcze jeden - mam nadzieję, że nie zamknięty - rozdział związany z operacją uwłaszczenia Agory. To kwestia opodatkowania sprzedaży akcji Agory należących do najważniejszych beneficjentów tej operacji.

Chyba pod koniec 2000 roku z inicjatywy Ministerstwa Finansów wniesiono projekt zmian do ustawy o podatkach od osób fizycznych. Pozwalał ona uniknąć podatku od dochodu ze sprzedaży akcji, nabytych wcześniej w obrocie niepublicznym. Ulga przysługiwała w zamkniętym okresie – do końca 2003 roku. Oznaczało to, że mogli z niej skorzystać tylko ci, którzy nabyli akcje odpowiednio wcześniej. Dziennikarze zauważyli, że w praktyce jest to przywilej dla bardzo niewielkiej grupy. Potencjalnie szczególne znaczenie miało to dla osób, które uzyskały bardzo duże pakiety akcji Agory. Oszacowano (Rzeczpospolita z 3.02.2003), że ta grupa mogłaby "zaoszczędzić" na podatku (przy ówczesnym wysokim kursie akcji Agory) maksymalnie prawie 600 mln zł.

Cała ta sprawa była dziwna i niejasna. W każdym razie posłowie - po sygnałach prasowych - błyskawicznie uchwalili nowelizację usuwającą poprawkę. Ale pojawił się prezydent Kwaśniewski, który skierował tę ostatnią ustawę do Trybunału Konstytucyjnego z powodu naruszenia zasady vacacio legis. To naruszenie istotnie miało miejsce i TK ustawę uchylił. Nie wiem jakie były praktyczne tego następstwa dla budżetu. Nie ma też dowodów, że Agora (lub jacyś "jej ludzie") zabiegała o ulgę. Okoliczności skłaniają jednak do zbadania tej sprawy. Skoro - i słusznie - GW pilnie docieka, jak gromadziło majątek dawne środowisko PC, skoro badano okoliczności pojawienia się w innej ustawie słów "i czasopisma", to...

TO JUŻ NIE JEST KRAJ JEDNEJ GAZETY

Szczęśliwie dziś Gazeta nie ma już tej pozycji co kilka lat temu. Dzięki Bogu konkurencja urosła w siłę. Ale rola GW na scenie polskiego życia politycznego i intelektualnego musi być krytycznie oceniona. Przez lata należałem do "familii" - nieformalnego środowiska, którego Gazeta była kluczowym orężem. Środowisko "familii", które odegrało ogromną (moim zdaniem w sumie pozytywną) rolę, coraz bardziej - niestety - oddalało się od standardów działania (i celów) które były mi bliskie. Gazeta zaś stała się po prostu brutalnym instrumentem walki politycznej. Szkoda.