Barbara Sowa: Co dziś robi “lwica Lewicy”? Oprócz tego, że pisze książki...

Aleksandra Jakubowska*: Miałam pisać kontynuację “Najpiękniejszej”, ale mam opóźnienie i czekam na lepszy moment. Jednym z głównych motywów kryminalnych "Hydry" miał być temat więzień CIA. Ale gdy nagle wokół tej sprawy wybuchła afera i nie wiadomo było, jak to się skończy, postanowiłam poczekać. Nie zarzuciłam pomysłu, mam nadzieję, że uda się ją wydać przed świętami.

Utrzymuje się pani z pisania?

W Polsce nie można wyżyć z pisania książek, chyba że jest się nadzwyczaj wziętą autorką. Książka kosztuje trzydzieści złotych, a autor dostaje z tego - jak jest bardzo kłótliwy - niecałe trzy złote z egzemplarza. Czytelników ubywa, nigdy nie było ich zbyt wielu. Problemem jest też nadprodukcja książek i autorów. Wiem, bo sama recenzowałam książki debiutantów. Przeczytałam mnóstwo takich propozycji i może raz, czy dwa wydałam pozytywna opinię. Większość to były klony - np. popularnych "50 twarzy Greya", sensacyjki, albo wspomnienia. Teraz podjęłam się współpracy z właścicielem Galerii handlowej w Podkowie Leśnej, moja firma pomaga w administrowaniu tym przedsięwzięciem.

"Lwica" wylądowała w galerii. A nie myślała pani o powrocie na salony?

Galeria handlowa to zupełnie inny świat, ale ja już do tylu równoległych światów wchodziłam, że to na mnie nie robi żadnego wrażenia i nie przynosi mi ujmy. Traktuje to, jak kolejne ciekawe doświadczenie, które być może to w przyszłości opiszę w książce. A na salony wracać nie zamierzam. Poza tym, gdzie te salony są? Dla mnie pojęcie salonu dawno się zdeprecjonowało. Ani dzisiejszy język polityki ani zachowania głównych aktorów sceny politycznej do tego nie przystają. Wyraźnie powiedziałam w czasie promocji mojej książki, że wracam do życia publicznego, ale nie do polityki. Nie odnalazłabym się dziś w Sejmie, bo nie znoszę zdrady i nie akceptuję ludzi, którzy zmieniają partie jak rękawiczki. Nigdy na przykład nie mogłam zaakceptować Andrzeja Celińskiego w SLD.

Nie dziwne, to on zabrał pani stołek szefa resortu kultury, a pani musiała się zadowolić teką jego zastępcy.

To był haracz, który musiał zapłacić Leszek Miller za przejście Celińskiego. Kiepsko nam się współpracowało, on mnie nie lubił, ja go nie lubiłam. Myślę, że jak się z jakąś partią związało, to trzeba przy niej trwać. Poza tym ile można partii zmieniać?

Proszę o to zapytać Ryszarda Czarneckiego...

To prawdziwy rekordzista. Ale w polityce nie można pozostawać za wszelką cenę. Przez takie zachowania wyborcy odczuwają do polityków niechęć. Polityka mnie mierzi. Także z powodu tabloidyzacji mediów. Kiedy ja byłam czynnym politykiem, to był dopiero początek. Pamiętam jak fotoreporter "Super Expressu" zrobił mi zdjęcie w dniu, w którym zeznawałam przed komisją Rywina w wałkach na głowie. Zaraz zrobił się szum, bo wtedy to było coś nowego. Żartowałam, że to był mój błąd, bo nie zaciągnęłam rolet. Ale czujność rewolucyjną zachowałam, bo wyszłam w szlafroku z łazienki, a często potrafię ten dystans przebyć nago.

Czyli nie miał paparazzi farta...

Nawet ktoś kiedyś zapytał tego fotoreportera czy gdyby miał okazje zrobić takie zdjęcie, to zwolniłby migawkę. Odparł, że długo by się zastanawiał, ale pewnie tak (śmiech). Ale wtedy to było gdybanie, a dziś mamy tysiące przykładów na to, jak szalenie politycy są osaczeni przez media brukowe. Prześwietla się ich całe życie.

Często na ich własne życzenie. Politycy sami zapraszają do "ustawek".

Rozumiem, że taki jest trend. Sama to wykrakałam w jednym z felietonów. Ale ja nie mam parcia na szkło, nie jest dla mnie afrodyzjakiem występowanie w telewizji. Nawet jak pracowałam w TVP i oglądało mnie 15 mln. widzów, to skupiałam się raczej na tym, że mnie dyrektor ogląda w gabinecie, realizator, kamerzysta... Nie myślałam o widowni, śmiałam się, że mam amputowaną wyobraźnię w tej dziedzinie, dzięki czemu nie miałam tremy. Nie zachorowałam na chorobę telewizyjną. Byłam rzecznikiem dwóch rządów, kobietą-szefem gabinetu premiera i żadnego z tych osiągnięć nikomu do tej pory nie udało powtórzyć. Dwie kadencje byłam posłanką i pewnie dostałabym się do parlamentu na trzecią kadencję, gdyby mnie nie załatwiono w tak ordynarny sposób.

Widzi pani dziś jakąś lwicę w Sejmie?

Oczywiście, lwicę prawicy, czyli Krystynę Pawłowicz. Chociaż należałoby ją chyba nazwać piranią, bo swoich przeciwników obgryza do kości.

*Fragment wywiadu z Aleksandrą Jakubowską, który zostanie opublikowany w weekend w portalu dziennik.pl