On jest z żulii lwowskiej – tak o swoim następcy na fotelu ministra spraw zagranicznych, Grzegorzu Schetynie, mówił na ujawnionych przez tygodnik „Wprost” taśmach Radosław Sikorski. Wtedy jeszcze nie wiedział, jak skończą się te żarty. I że będzie musiał słono za nie zapłacić.

Jest jeden rozsadnik plotek, osoba która o dżentelmenów otarła się w Oksfordzie, natomiast nim chyba nie jest – to jedna z opinii, która dobrze oddaje stosunek przeciwników politycznych do Radosława Sikorskiego. Wypowiedział ją poseł PiS Karol Karski, komentując przecieki z tajnej rozmowy szefa MSZ z prezydentem Lechem Kaczyńskim na temat amerykańskiej tarczy rakietowej. Według doniesień, o których w 2008 roku pisał „Dziennik”, Sikorski miał również powiedzieć do Anny Fotygi, szefowej Kancelarii Prezydenta: „Można być prezydentem, ale można być też chamem”.

Sześć lat później inny przeciek pogrążył samego Sikorskiego, kładąc tamę błyskotliwej międzynarodowej karierze szefa polskiej dyplomacji. „Thanks” – tylko tyle odpisał na Twitterze były minister, na ciepłe słowa Declana Ganleya, irlandzkiego polityka i szefa ogólnoeuropejskiego ugrupowania Libertas.

„Europa właśnie straciła jednego z najlepszych ministrów spraw zagranicznych od pewnego czasu i takiego, który najlepiej rozumie Kreml” – napisał Ganley. Z kolei te słowa dobrze odpowiadają wizerunkowi, na jaki Sikorski zapracował w Europie, stawiając się Rosji i wspierając Ukrainę. Cały ten wysiłek poszedł jednak na marne po opublikowaniu przez tygodnik „Wprost” taśm z nieformalnych rozmów polityków. W gronie nagranych był również Radosław Sikorski, który przy stole z Jackiem Rostowskim pozwolił sobie na kilka niepolitycznych uwag:

Uważam, że można zaj…ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza. (...) Kaczyński się przyspawał do Macierewicza i teraz trzeba Macierewiczem ich obu na dno pociągnąć. To, co jest w materiałach prokuratorskich, jest miażdżące. Można zrobić dwuletni cyrk. I niech oni się tłumaczą. Tam są straszne rzeczy. Wiem, bo byłem przy tym. (...) Donald się waha, ale lekko za. Powiedział: niewykluczone.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że ujawnienie przecieków zaważyło na decyzji premier Ewy Kopacz o wymianie Radosława Sikorskiego na Grzegorza Schetynę. Odesłanie byłego szefa MSZ do Sejmu to jak zesłanie na polityczne wygnanie. Tym bardziej, że znany z ciętego języka polityk będzie miał ogromny problem, by przekonać do siebie opozycję.

Prawo i Sprawiedliwość do dziś nie może wybaczyć Sikorskiemu słów o „dożynaniu watahy” sprzed wyborów z 2007 roku, co jakiś czas wracają zarzuty na temat jego młodości i wykształcenia. Bo przeszłość byłego szefa dyplomacji przeszkadza politykom partii Jarosława Kaczyńskiego. I nie chodzi tylko o to, że Sikorski, były minister obrony narodowej w rządzie PiS zdradził Prawo i Sprawiedliwość dla Platformy Obywatelskiej. Chodzi również to, że mieszka w dworku w podbydgoskim Chobielinie, przez co zdaniem krytyków kreuje się na arystokratę. Jego przeciwników kłuje w oczy także wykształcenie zdobyte na prestiżowej brytyjskiej uczelni – University of Oxford. Co warto podkreślić, regularnie podważane przez posłów opozycji.

Sikorski nie studiowałby na Oksfordzie, gdyby nie stan wojenny. Kiedy generał Wojciech Jaruzelski ogłaszał delegalizację Solidarności i przejęcie przez wojsko kontroli nad krajem, 18-letni Radek Sikorski był akurat na Wyspach Brytyjskich, gdzie uczył się języka angielskiego. Wystąpił o azyl polityczny i wkrótce rozpoczął studia. Szybko dał się poznać nie tylko jako zdolny student. Kiedy miał 23 lata, pracował już jako dziennikarz freelancer dla najważniejszych brytyjskich tytułów. Jego kariera nabrała rozpędu, kiedy wyjechał do Afganistanu, gdzie jako korespondent dziennika „The Sunday Telegraph” dowodził, że Amerykanie dostarczają afgańskim żołnierzom broń. Jak sam przyznawał wówczas, chciał przyłączyć się do mudżahedinów, którzy walczyli z armią sowiecką. Do dziś pod znakiem zapytania stoi kwestia jego udziału w tym konflikcie. Młody Radek nie zamierzał jednak porzucać dziennikarstwa, tym bardziej, że już rok po wyjeździe do Afganistanu zdobył prestiżową nagrodę World Press Photo za fotografię afgańskiej rodziny zabitej w bombardowaniu. Zaczynał się złoty okres w karierze Sikorskiego. Ledwo dobijał trzydziestki, a był już cenionym publicystą i ekspertem od spraw międzynarodowych.

Wtedy też trafił do polityki. W wieku zaledwie 29 lat został wiceministrem obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego. Był rok 1992. Piąć lat później próbował dostać się do Sejmu z list Ruchu Odbudowy Polski. Bezskutecznie. Jerzy Buzek powierzył mu jednak tekę wiceministra spraw zagranicznych. Sikorski przez trzy lata, od 1998 do 2001 roku trochę z boku pilnie uczył się w praktyce, na czym polega polityka międzynarodowa. Kiedy w 2005 roku dostał się do Senatu, można było podejrzewać, że dał sobie spokój z marzeniami o aktywnej polityce. Okazało się, że było inaczej.

Senator bezpartyjny, ale popierany przez Prawo i Sprawiedliwość – idealny kandydat do rządu, myślał zapewne Kazimierz Marcinkiewicz, ustalając z Jarosławem Kaczyńskim skład rządu po wygranych wyborach. Kilka tygodni później Radosław Sikorski ściskał w dłoni nominację na ministra obrony narodowej. I kto wie, być może do dziś zasilałby szeregi Prawa i Sprawiedliwości, gdyby nie natknął się na Antoniego Macierewicza. Ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego nie taił nigdy swojej niechęci do Sikorskiego, a ten nie krył się również z ostrą krytyką działań Macierewicza, a zwłaszcza sposobu, w jaki przeprowadził likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych.

Jako byłego podwładnego uważam Antoniego Macierewicza za histeryka i partacza. Każdą sprawę, jakiej się dotknął w ostatnich 20 latach zepsuł – mówił Sikorski. Zresztą słowa byłego już szefa MSZ o tym, że można „zaj…ć PiS komisją śledczą” dotyczyły właśnie wpływu Macierewicza na tajną operację „Zen” prowadzoną przez polski wywiad w Afganistanie i położoną właśnie przez Macierewicza. Likwidator WSI – jak tłumaczył między innymi biorący w niej udział szpieg Aleksander Makowski – udaremnił schwytanie bliskiego współpracownika Osamy bin Ladena, Ajmana Al-Zawahiriego.

Konflikt między oboma zawodnikami nabrzmiał do tego stopnia, że Sikorski na początku 2007 roku odszedł z rządu. – Kocham ten resort, kocham polskie wojsko – mówił po złożeniu rezygnacji. Fotoreporterzy uchwycili jeszcze, jak w czasie ceremonii pożegnania z armią ocierał łzę wzruszenia, ale na tym skończyły się emocje. Zaczęły się za to przemyślane kalkulacje. Jesienią Sikorski kandydował już do Sejmu już z list Platformy Obywatelskiej. Przypieczętowaniem transferu do nowej drużyny politycznej była teka ministra spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. Wtedy właśnie Sikorski zapisał się do PO. Trampolina, na którą wskoczył, wybiła go jednak jeszcze wyżej, bo w 2010 roku stanął w szranki z samym Bronisławem Komorowskim, starając się o nominację na kandydata w wyborach prezydenckich. Przegrał, ale ambicji nie porzucił.

Ci, którzy lepiej znają ministra, zwracają uwagę na dwie twarze, jakie prezentował w polityce. Na arenie międzynarodowej wyrabiał sobie pozycję mediatora, aktywnie angażując się w rozwiązanie konfliktu na Ukrainie i wchodząc do grona nieformalnych kandydatów na szefa unijnej dyplomacji. W kraju chętnie podgryzał dawnych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości. „Gdybyśmy realizowali gospodarcze pomysły PiS, to bylibyśmy zapraszani na szczyt G120” – drwił, komentując nieobecność przedstawicieli Polski na szczycie 20 najbogatszych państw świata. „Koncepcja polityki zagranicznej PiS: narzucić Rosji kwalifikację zbrodni katyńskiej przy pomocy wiertarki. Nie wróżę sukcesu” – odpowiadał na kontrowersje związane z umieszczeniem tablicy pamiątkowej na miejscu katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku. „Konsekwentne prowokacje PiS: postawić niemożliwe żądania, potem krzyczeć: Zdrada! No pasaran. Nie pozwolimy podpalić Polski” – dodawał. Nie żałował sobie również uszczypliwości pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, którego nazwał na przykład uchwytem do iPada, odnosząc się do pamiętnego posiedzenia Sejmu, w czasie którego prezes Prawa i Sprawiedliwości wyemitował z tabletu przemówienie prof. Piotra Glińskiego, kandydata partii na premiera technicznego.

Posłowie opozycji nie pozostawali Sikorskiemu dłużni. Adam Hofman z PiS porównywał jego mentalność do mentalności ministra PZPR. „Radosław Sikorski – przejdzie do historii jako jedyny minister spraw zagranicznych, który nawoływał w Berlinie do likwidacji państwa polskiego” – oceniał szefa MSZ Antoni Macierewicz, komentując słynne przemówienie szefa MSZ, w którym nawoływał do silniejszej integracji i ratowania strefy euro. „Mamy społeczeństwo obrazkowe, które widzi osobę kreującą się na brytyjskiego lorda, który chodzi po salonach europejskich jakby połknął kij od tyczki a naprawdę zachowuje się skandalicznie” – atakował Sikorskiego Joachim Brudziński z PiS. Nawet Janusz Palikot, który przez długi czas dzielił z szefem MSZ partyjne barwy, pisał w swojej książce, że Sikorski „jest jakiś dziki, czasami sprawia wrażenie, że jest uzależniony od narkotyków, zwyczajnie naćpany”.

Cięty język i ironia, które od lat łatwo przysparzały Sikorskiemu wrogów, ale jednocześnie pomagały mu zachować daleki dystans od partii Kaczyńskiego i utrzymać się na wierzchu rządowej układanki Donalda Tuska, od kilku dni ciążą mu coraz bardziej. Przeciwnicy polityczni mają dobrą pamięć i nie darują dawnych złośliwości, nawet gdyby były szef dyplomacji na stanowisku marszałka Sejmu dyplomatycznie pokazywał od teraz wyłącznie twarz mediatora, dobrze sprawdzoną na europejskich salonach. Opozycja z przyjemnością urządzi mu teraz - parafrazując słowa Adama Hofmana dotyczące strategii PiS wobec PO - „tysiąc Wietnamów”.

Za nas, za naszego ukochanego... – wznosił toast były minister finansów Jacek Rostowski na ujawnionej przez „Wprost” nagranej rozmowie z szefem MSZ. – ...najwyższego przywódcę, oby żył wiecznie! – dodawał Radosław Sikorski, unosząc kieliszek. Przywódcy jednak już nie ma. Może gdyby pił za przywódczynię, nie musiałby teraz zjeżdżać na boczny polityczny tor.