Jackson - od idola do potwornej kukły
To, że twój idol z dzieciństwa i bohater twoich plakatów okazuje się zwichrowaną umysłowo, potworną wizualnie kukłą, niby nie ma przełożenia na twoje codzienne, zwykłe życie. Ale jednak przez długi czas czujesz lekkie swędzenie - tak o Michaelu Jacksonie pisze Jakub Żulczyk.
- Za ten szlafrok kupisz domek jednorodzinny
- Pochowają Jacksona bez mózgu
- Eksperci, czyli nowy rodzaj celebrytów
- Radek Majdan zagubiony w blasku fleszy
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Nie jest tak, że przez całe życie byłem wielkim fanem Michaela Jacksona, chociaż miałem ku temu pewne predyspozycje. W wieku trzech, czterech lat, z tego co pamiętam i co mówili mi rodzice, głównie interesowałem się komiksami "Yans" i płytami gramofonowymi. W pierwszej przeszukanej przeze mnie stercie płyt winylowych, należącej do znajomych moich rodziców leżało "Bad" - najprawdopodobniej rosyjskie wydanie z firmy Miełodia. Okładka była całkiem ciekawa, pomimo zdjęcia zamiast kolorowego rysunku. Ja jednak miałem wtedy cztery lata i dużo bardziej interesowała mnie muzyka do filmu "O dwóch takich, co ukradli księżyc" w wykonaniu Lady Pank. Mniej więcej w tym samym okresie zobaczyłem wideoklip do "Bad". Do dziś nie mogę rozstrzygnąć, czy był to pierwszy, czy drugi teledysk, jaki zobaczyłem w życiu, ale coś mi świta, że najpierw zaliczyłem chyba "Lullaby" The Cure. Tak czy siak, podejrzewam, że tę gratkę umożliwił mi Marek Sierocki i jego minutowy blok muzyczny w "Teleexpressie". Pamiętam moment oglądania - skojarzyłem wtedy, że ta podskakująca w jakiejś podejrzanej alejce chuda pani, której towarzyszy grupa ludzi, to ta sama pani z okładki płyty. Tak, na początku byłem przekonany, że Michael Jackson to dziewczyna. Proszę się nie śmiać, jeśli ma się cztery lata, jest 1987 rok i mieszka się na mazurskiej wsi z mamą, tatą i czarno-białym telewizorem, to ma się chyba prawo do poglądu, że osoby z długimi włosami i pomalowanymi oczyma to bez wyjątku dziewczyny.
Zapytałem więc mamy, kim jest ta skacząca kobieta w skórzanej kurtce. Odparła, że to nie pani, tylko pan, taki piosenkarz, który nazywa się Michael Jackson. "Michael Jackson" - powtórzyłem i - tak jak niewiele wówczas ode mnie starsza piosenkarka M.I.A. oraz prawdopodobnie setki milionów ludzi na całym świecie - w ten sposób wypowiedziałem pierwsze dwa słowa w języku angielskim. Zaintrygowany obcym językiem, spytałem się również mamy, o czym śpiewa piosenkarz. Mama, z racji nieznajomości języka angielskiego, nie wiedziała. Nie pamiętam już, kto wiedział, ale ten uczynny ktoś wytłumaczył mi, że Michael Jackson śpiewa o tym, że jest zły. Facet ubrany jak dziewczyna, który śpiewa, że jest zły i potrafi namówić kilkanaście osób, aby wykonywały dokładnie te same ruchy, co on... Wydało mi się to bardzo intrygujące, ale jednak bardziej intrygujące było "Marchewkowe pole". Wkrótce zresztą miała przyjść moja wielka miłość do zespołu Europe i Jackson jakoś zszedł na dalszy plan.
W 1989 roku przeprowadziliśmy się ze wsi do miasta Nidzica, a rok później tata kupił odtwarzacz wideo i antenę satelitarną. Antena pokazała mi MTV. Rychło w czas, bo swoje płyty wydały wtedy dwa zespoły, które stały się na długo moimi ulubionymi, czyli Nirvana i Guns N’ Roses. Okres nauczania początkowego minął pod znakiem fascynacji zwłaszcza tą drugą formacją - prawdopodobnie dlatego, że Axl Rose miał całe ręce w tatuażach, a Kurt Cobain, nawet jeśli miał jakieś, to w ogóle nie było ich widać spod rozciągniętych swetrów. Nie muszę dodawać, że spędzałem całe lekcje matematyki i środowiska pieczołowicie odwzorowując tatuaże Rose’a na własnych patykowatych rękach różnokolorowymi długopisami. I nie muszę dodawać, że Michael Jackson nie miał u mnie wtedy za specjalnie wielkiego respektu. "Dangerous" ukazał się w tym samym okresie, co "Nevermind" i "Use Your Illusion". W przeciwieństwie do Gunsów i Nirvany, teledyski Michaela Jacksona nie były zbyt satysfakcjonujące, jeśli chodzi o tatuaże, rockowy przytup i rockowe darcie ryja. Do Michaela nie przekonał mnie nawet udział Slasha w teledysku do "Give It to Me". Co więcej, trochę mnie zażenował, czułem się, jakbym przyłapał bardzo dobrego kolegę na jakiejś wstydliwej sytuacji. Co więcej, Michael Jackson kumplował się wówczas z Macaulayem Culkinem, a jakoś nie przepadałem za filmem "Kevin sam w domu". Z przyniesionej przez mojego tatę do domu sterty kaset wideo dużo bardziej preferowałem "Akademię policyjną" i "Gremliny". "Kevin sam w domu" był dla mnie wówczas filmem dla dzieci. Tak samo jak muzyka Michaela Jacksona.





















~Ona2010-12-10 23:12
Kochaliśmy go i nienawidzieliśmy zarazem...za to,żę był projekcją naszych marzeń...marzeń o wielkiej sławie, nieograniczonych mozliwosciach, nadludzkich przymiotach i "nieśmiertelnosci"...kochalismy nasze wyobrazenie o nim i wcale mimo pozorów nie zalezalo nam na tym, by wiedziec kim jest i jak jest...on nie był zwykłym artysta, bo nawet nie okresla sie go mianem artysty...zazwyczaj mowi sie i pisze o nim: Michael Jackson "krol muzyki pop", nie asrtysta, piosenkarz czy gwiazdor i mimo, ze sie nad tym nie zastanawiamy to ma znaczenie...Michael jest bohaterem mitycznym naszych czasów, a to zobowiazuje...nie ma miejsca na slabosci, porazke i ludzkie ulomnosci...za to go znienawidzilismy - odkrylismy, ze nie jest idealem...poczulismy sie oszukani...Oby tam, gdzie teraz jest nie musial byc idealny...biedny czlowiek przygnieciony ciezarem spolecznych wyobrazen o nim samym...jeden z najbardziej charyzmatycznych ludzi, jakich widzialam...
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!