Bulteriera nigdy nie było, ale nawet jeśli komuś się zdawało, że jest, to teraz musi zmienić zdanie.
Zostałem nieszczęśliwie wkręcony przez Monikę Olejnik, która tak streściła słowa Jarosława Kaczyńskiego, że gdybym powiedział cokolwiek innego, odciąłbym się od prezesa, a tego nigdy
nie zrobię. Sprawa byłaby zapomniana, gdyby nie absurdalne rozpętanie skandalu przez Ludwika Dorna.
A kto tym razem rozpętał to wszystko? Kto wysłał list i wezwał Kaczyńskiego na sądowy pojedynek? Pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował, dopóki nie było reakcji Dorna!
Nie będę tak z panem rozmawiał! Przez dwa lata nie palnąłem żadnej bzdury. Teraz po prostu nie odciąłem się od kontrowersyjnej wypowiedzi szefa mojej partii i pan na podstawie tego próbuje
udowodnić, że się nie zmieniłem. Nie puściłem żadnego babola przez dwa lata!
(śmiech) Nie puściłem żadnej niekontrolowanej wypowiedzi, która upoważniałaby do oszczerstw, że jestem bulterierem. A to co ja mam do powiedzenia w kwestii alimentów brzmi następująco: dwa
tygodnie temu dzięki przepisom wprowadzonym przez PiS rozpoczął działalność Fundusz Alimentacyjny, który realnie pomaga kilkuset tysiącom kobiet w Polsce. A całe zamieszanie potraktujmy jako
niezbyt fortunną promocję tego funduszu (śmiech).
W tej perspektywie trzeba by przyjąć, że Prawo i Sprawiedliwość nie ma prawa do najmniejszej pomyłki, bo błąd, jakim jest wzmianka o alimentach, zostaje rozpętany przez media do rangi
niebywałej afery.
To jest news, ale na jeden dzień, a sprawa trwała ze trzy tygodnie. Dziennikarze rozkręcają ją sztucznie, nadając jej przesadne znaczenie.
To celowa gra Ludwika Dorna obliczona na zdobycie popularności i sympatii jako ofiara Jarosława Kaczyńskiego. Każdy, kto się z prezesem skonfliktował, zostawał kanonizowany przez media jako
męczennik. Dorn będący wcześniej pośmiewiskiem i czarnym ludem mediów jako autor burych suk, kamaszy czy wykształciuchów staje się pozytywnym bohaterem i może teraz liczyć na ciepłe
słowa! Jego cynizm polega na tym, że wiedząc o tym, nie waha się atakować własnej partii.
Polityka nie sprowadza się do tego. Te ekstrema są sterowane i leżą w interesie rządzących. Bo teza jest taka: skoro cała polityka to rynsztok, to nie ma dla PO alternatywy. Przecież tylko
polityka serio może wygenerować alternatywę dla tego, co jest. Bo skoro wszyscy są tacy sami i tak samo unurzani, to niech już będzie to, co jest.
To skutek inżynierii socjotechnicznej, którą zajmuje się sto osób w kancelarii Tuska. Ludzie dają się, niestety, jej uwieść, bo media nie kwapią się z pokazaniem, że każda propozycja PO
jest picem. Dam przykład - premier mówi o kastracji chemicznej pedofilów. 80 proc. Polaków rozumuje prosto - kastracja, czyli obcinają genitalia, wszyscy są za! A jaka jest prawda? Że to
antyviagra na koszt państwa, łatwo odwracalna i niedająca żadnej gwarancji. Ludzie myślą: twardziel, szeryf Tusk pokazał zbrodniarzom, a on im w istocie zafundował kurację, która tylko
mydli oczy społeczeństwu. Deesbekizacja, wojna z PZPN, tę listę można rozwijać - wszystko to czysty pic i nic więcej, ale media to kupują.
Bo trwa absolutne zauroczenie i panowanie medialne nad świadomością społeczną. Przykład sprzed dwóch tygodni: stocznie się walą, kryzys światowy ante portas, FIFA grozi, że wykluczy
reprezentację z rozgrywek, a Donald Tusk na urlopie. Wie pan, co by się działo, gdyby premierem był Jarosław Kaczyński? Cała Polska żyłaby pytaniem: gdzie jest Kaczyński?! Dlaczego nic nie
robi?! Byłaby masakra. A czy TVN teraz spytał, gdzie jest Tusk, był materiał na ten temat w "Faktach", pytano współpracowników premiera, kiedy wróci? Nie. Zajmowano się
galaktyczną aferą, że jeden pan z PiS ma problem z alimentami. Bo trwa zauroczenie.
Jakieś pół roku. Tyle potrzeba ludziom, by zauważyli, że polityczne wybory, jakich dokonali, mają wpływ na jakość ich życia. Nieuniknione jest zwycięstwo tezy Karola Marksa, że byt
określa świadomość (śmiech). W marcu powinno nastąpić skumulowanie podwyżek prądu, gazu, kredytów hipotecznych, żywności. To oczywiście wiąże się z kryzysem światowym, ale tryumfuje
zasada 6 razy P: "Po prostu Platforma przynosi Polsce pecha".
Liczenie na kryzys świadczyłoby o naszym braku odpowiedzialności i mamy nadzieję, że kryzys Polskę ominie, ale i tak widać, że Plaforma nie radzi sobie z rządzeniem. Za premiera
Kaczyńskiego wzrost gospodarczy wynosił 5,8 proc., PO obiecywała większy, a tymczasem jeszcze przed światową bessą zapowiadała 4,8 proc., a będzie pewnie poniżej 4 proc.
A jak jabłka były na przednówku drogie, to nie był trend światowy, tylko wina Kaczyńskiego, tak? PiS musi przygotować się na nieuchronny spadek notowań PO, choć oni próbują tak nas
zohydzić, byśmy stali się partią niewybieralną.
Owszem, PiS nie jest bez winy. Musimy przyzwyczaić się, że my nie mamy prawa do żadnego błędu - PO może ich popełniać setki, a nasze najmniejsze potknięcie zostanie rozwałkowane przez
media i nadmuchane do monstrualnych rozmiarów. Proszę zobaczyć - PO buduje stadion dla Legii za prawie pół miliarda złotych. Mamy więc peron we Włoszczowie razy pięćset, z tą różnicą,
że peron nie jest własnością Gosiewskiego i realnie służy ludziom, a Legia jest prywatnym klubem. I cisza.
Męczy mnie to zwalanie winy na media, nie chcę się skarżyć, ale warto zauważyć, że nawet w USA, gdzie ogromna większość dziennikarzy popiera Demokratów, gdy dochodzi do przekroczenia
pewnych granic, to sympatie przestają się liczyć i media pokazują prawdę. A u nas ABW wkracza do mieszkania Bączka, rewiduje bez nakazu ekipę telewizyjną i nic. Aresztują Sumlińskiego,
chłopak podcina sobie żyły i też cisza. Gdyby to się zdarzyło za naszych rządów, to przed klatką w Sejmie siedzieliby już Żakowski, Wołek czy Paradowska. A teraz milczą.
Zgadzam się z diagnozą jednego z komentatorów radiowych, że my jesteśmy jak dżinsy Odra - młodszym wyjaśnię, że były takie peerelowskie podróby prawdziwych dżinsów - a w sondażach
obiektem pożądania są levisy. I jak byśmy się nie starali, zawsze widać metkę Odra.
Nieźle. Mógłbym czuć się lepiej, ale że kocham prawicę, to jestem w PiS.
Obciachowy wizerunek jest odwracalny, choć pan w to nie wierzy. A ja mówię, że ta kiepska twarz zostanie zapomniana, kiedy ludzie porównają rachunek za prąd, gaz, żywność i ratę kredytu
dziś z tymi za rządów Kaczyńskiego. Wtedy przestanie im tak przeszkadzać wizerunek Suskiego czy Gosiewskiego i poszukają alternatywy dla tych, którzy obiecywali, że będzie żyło się
lepiej.
To nieprawda, że nikt nie zajmuje się ustawami. Pracujemy nad wieloma projektami, choć trudno nam się z nimi przebić. Mój problem w tym wywiadzie polega na tym, że ja pewnych, naprawdę
ciekawych rzeczy, na przykład o dylematach taktycznych PiS, nie mogę powiedzieć nie dlatego, że prezes się obrazi, bo na posiedzeniach partii często je mówię i się nie obraża, ale dlatego,
że media tylko czyhają na najdrobniejszą różnicę zdań wewnątrz PiS. I zaraz pojawiłyby się nagłówki o wojnach i podziałach wewnątrz PiS. Nikogo nie interesowałoby, że to normalna,
drobna różnica poglądów, ale nadmuchano by to do rozmiarów afery, która zaszkodziłaby partii. A na to się nie godzę.
I dzisiaj ma. Jest Gęsicka, Poncyljusz, Kraczkowski i wielu innych. A to, że nie ma w nim Ujazdowskiego, Marcinkiewicza czy Jurka? No cóż, odeszli z powodu przesadnych ambicji. Mam wrażenie, że
nikt z nich poza PiS nie zrealizuje choćby cząstki swoich poglądów. Rozumiem Marka Jurka, który wybrał drogę dawania świadectwa zamiast uczestnictwa w realnej polityce, ale ci, którzy
usiłowali przejąć kierownictwo partii po przegranych wyborach po prostu okazali się nielojalni. Nie ma za kim płakać. A PiS będzie się zmieniało i już się powoli zmienia.
Na lepsze, ale najpierw musi minąć zauroczenie Platformą, bo dziś każda próba zmiany wizerunku jest wyśmiewana właśnie jako próba zmiany wizerunku i od razu jest brana w cudzysłów. Idzie
przekaz: "Prezydent objeżdża Polskę, bo chce zmienić wizerunek", i natychmiast ten objazd jest zainfekowany nieautentycznością.
Niech pan nam da szansę. Jesteśmy partią po przejściach, w traumie, rządziliśmy dobrze, ale przegraliśmy wybory i to musi boleć. Platforma po klęsce z 2005 r. też się długo nie mogła
pozbierać. Zapewniam pana, że Jarosław Kaczyński myśli o wizerunku partii. Poza tym naszą szansą jest to, że Platforma Obywatelska nie ma rezerw aksjologicznych. Oni budują wszystko
wyłącznie na PR i jak ten balon zostanie przekłuty, to nastąpi zjazd po równi pochyłej. U nas te rezerwy są, bo nawet jak mieliśmy aferę Beger czy inne wtopy, to zawsze była pula 30 proc.
ludzi wierzących, że o coś nam chodzi.
Ale po pęknięciu mydlanej bańki PO poszerzy się pole dla nas. Bo kto inny jest do wyboru: Kalinowski, postkomuniści? Więc może i my jesteśmy dżinsy Odra, ale z rezerwami aksjologicznymi. I
zawsze lepsze dżinsy marki Odra niż nagi król PO. A z czasem uda nam się zamienić Odrę na jakąś szlachetniejszą markę.
Zgłosiłem to prezesowi, ale nie bardzo chce mnie puścić. Szczerze mówiąc, chętnie bym się przewietrzył. Nie chciałbym tam nawet iść na całą kadencję, ale dwa lata wystarczyłyby, abym
przyjrzał się instytucjom europejskim. To obecnie konieczność.
Pan nie pyta, ja nie mówię (śmiech).
Jest bardzo zmęczony nieustannymi atakami PO, a immunitet europejski dałby mu pewien komfort, bo nie zawracaliby mu głowy zupełnymi głupstwami.
Mówię to bez upoważnienia Zbyszka, ale nie dementujemy tego, bo jak widać, postrzeganie grupowe w polskiej polityce się jakoś opłaca. Tusk - Schetyna, Kaczyńscy, Bielan - Kamiński - z
duetami jakoś tam się liczą.
Może za 17 lat.
Dwie kadencje Lecha, potem dwie kadencje Jarosława Kaczyńskiego (śmiech).
Nie sądzę.
Różnica polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość nie skończy się nawet po przegranych wyborach. Nie ma innej prawicy.
PO - 42 proc., PiS - 35 proc.
Popełniającym błędy, czasem grzesznym jak każdy, ale ten opis jest w niemałym stopniu prawdziwy, przynajmniej jeśli chodzi o intencje.
Hm, świat się rzeczywiście myli (śmiech). A poważnie powiedziałbym tak: to jest proces. Może nie przebiega on tak szybko, jak bym tego chciał, ale trwa. Z mojej strony nie ma żadnych
wariactw i wyskoków. Nie jestem agresywny, nikt mnie nie bojkotuje. Poczyniłem znaczące awanse: jestem członkiem komitetu politycznego PiS, szefem partii na Pomorzu, zasiadam w komisji śledczej
do spraw nacisków.
Ta komisja powstała jako miejsce linczu, całkowitego zwalcowania PiS pod fałszywymi zarzutami, więc wydelegowano duet, w którym Arek Mularczyk miał dźwigać ciężar merytorycznej, prawnej
szermierki i dostarczać argumenty prawne, a ja miałem być dla tych argumentów medialnym frontmanem. I znakomicie się uzupełniamy.
To prawda, że często są takie oczekiwania, ale ja coraz rzadziej je spełniam. Ci dziennikarze, którzy zapraszają mnie w nadziei, że będzie nawalanka, często się rozczarowują. Owszem, jest
twardo, ale nie ma wariactwa.
Pamiętam, założyliśmy się o butelkę whisky. No cóż, z pokorą przyjmuję niekorzystny dla mnie werdykt naszego jurora, choć myślę, że jedna ocena nie musi być przesądzająca. Ale
pomysł na zmianę wizerunku jest nadal aktualny i byłby pan nieuczciwy, gdyby nie przyznał, że się nie zmieniam.
A jak było z wizerunkiem Kaczyńskiego czy Millera na początku lat 90.? Potem osiągnęli w polityce wszystko.
Dziesięć. Dlatego za wcześnie umówiliśmy się na ten wywiad, a pan wygrał whisky.