Gdyby udało się osiągnąć kontrakt społeczny, który sprzyjałby pokojowi społecznemu i stabilności, to byłoby to niezwykle korzystne dla gospodarki - pisze w "Fakcie" Ryszard Bugaj, publicysta, działacz lewicowy.
Premier Jarosław Kaczyński zapowiada wspólną deklarację trzech partnerów społecznych: rządu, związków zawodowych i pracodawców. Dotyczyłaby ona paktu
społecznego "Gospodarka-Praca-Rodzina-Dialog". Ten pomysł mi się podoba. Nie jest przecież tak, że w gospodarkach rynkowych nie stosuje się tego typu porozumień
społecznych.
Wydaje się, że na przykład Szwedom w latach 30. udało się unikną ogromnego kryzysu dzięki zawarciu wielkiego kontraktu, który z jednej strony powstrzymywał daleko idące rewindykacje, a z drugiej zapewniał rozsądny podział pieniędzy w sektorach, w których to było możliwe. Jeżeli spojrzymy na ostatnie 15 lat polskiej gospodarki, to zauważymy, że mamy sytuację szczególną. Przez długi okres wydajność pracy rosła o wiele szybciej niż płace realne. W ostatnich dwóch latach ta sytuacja zaczęła się zmieniać.
Dlatego uważam, że znalezienie formuły, która uwzględniałaby fakt, że dla pracowników nie tylko płace są istotne, ale ważne są także inne świadczenia, byłoby rozsądne. Szczególnie w kontekście planów, które lansuje wicepremier Zyta Gilowska. Istotny jest problem, jak to się będzie miało do innych elementów, czyli podatków, wydatków, itd.
Należy wziąć pod uwagę, że gdyby udało się osiągnąć kontrakt społeczny, który sprzyjałby pokojowi społecznemu i stabilności, to byłoby to niezwykle korzystne dla gospodarki. Ta bowiem korzysta na stabilności społecznej i politycznej. Takie przedsięwzięcie nie jest może w zgodzie z ortodoksyjną formułą liberalnej demokracji. Z pewnością jest jednak w zgodzie z realiami i realistyczną interpretacją mechanizmów demokratycznych.
Sama zasada zaproponowana przez premiera daje szansę złagodzenia nastrojów społecznych. Jednak pozostaje pytanie, czy strony zdołają się porozumieć i czy taki pakt uda się wynegocjować. Weźmy pod uwagę słabość związków zawodowych w Polsce i słabość "Lewiatana", o którym słusznie mawia się, że owi reprezentanci pracodawców to raczej związki koktajlowe niż realna reprezentacja. Bądźmy więc ostrożni. Może się bowiem okazać, że wynegocjowanie takiego paktu i jego wiarygodne egzekwowanie będzie mało realne. W Polsce do związków zawodowych należy jedynie ok. 10 procent pracowników, nie więcej. Nie wszyscy mogą więc do takiego paktu przystąpić. Gdyby jednak udało się uzyskać takie porozumienie, to miałoby to głęboki sens. Z całą pewnością próbować warto.
Przedmiotem paktu powinna być na pewno sprawa płac czy kwestie kodeksowe. Nie jestem liberałem i nie wierzę w całkowicie elastyczny rynek pracy. Wierzę natomiast, że nasz rodzimy można by jeszcze trochę uelastycznić. To także mogłoby się znaleźć w kontrakcie. Widziałbym tam również miejsce na cały szereg problemów socjalnych. Gdyby na przykład udało się zawrzeć akceptację dla rozsądnej reformy ochrony zdrowia (tu akurat jestem trochę liberałem i uważam, że bez pewnych form współpłatności niewiele da się osiągnąć) także byłoby bardzo dobrze.
Wydaje się, że na przykład Szwedom w latach 30. udało się unikną ogromnego kryzysu dzięki zawarciu wielkiego kontraktu, który z jednej strony powstrzymywał daleko idące rewindykacje, a z drugiej zapewniał rozsądny podział pieniędzy w sektorach, w których to było możliwe. Jeżeli spojrzymy na ostatnie 15 lat polskiej gospodarki, to zauważymy, że mamy sytuację szczególną. Przez długi okres wydajność pracy rosła o wiele szybciej niż płace realne. W ostatnich dwóch latach ta sytuacja zaczęła się zmieniać.
Dlatego uważam, że znalezienie formuły, która uwzględniałaby fakt, że dla pracowników nie tylko płace są istotne, ale ważne są także inne świadczenia, byłoby rozsądne. Szczególnie w kontekście planów, które lansuje wicepremier Zyta Gilowska. Istotny jest problem, jak to się będzie miało do innych elementów, czyli podatków, wydatków, itd.
Należy wziąć pod uwagę, że gdyby udało się osiągnąć kontrakt społeczny, który sprzyjałby pokojowi społecznemu i stabilności, to byłoby to niezwykle korzystne dla gospodarki. Ta bowiem korzysta na stabilności społecznej i politycznej. Takie przedsięwzięcie nie jest może w zgodzie z ortodoksyjną formułą liberalnej demokracji. Z pewnością jest jednak w zgodzie z realiami i realistyczną interpretacją mechanizmów demokratycznych.
Sama zasada zaproponowana przez premiera daje szansę złagodzenia nastrojów społecznych. Jednak pozostaje pytanie, czy strony zdołają się porozumieć i czy taki pakt uda się wynegocjować. Weźmy pod uwagę słabość związków zawodowych w Polsce i słabość "Lewiatana", o którym słusznie mawia się, że owi reprezentanci pracodawców to raczej związki koktajlowe niż realna reprezentacja. Bądźmy więc ostrożni. Może się bowiem okazać, że wynegocjowanie takiego paktu i jego wiarygodne egzekwowanie będzie mało realne. W Polsce do związków zawodowych należy jedynie ok. 10 procent pracowników, nie więcej. Nie wszyscy mogą więc do takiego paktu przystąpić. Gdyby jednak udało się uzyskać takie porozumienie, to miałoby to głęboki sens. Z całą pewnością próbować warto.
Przedmiotem paktu powinna być na pewno sprawa płac czy kwestie kodeksowe. Nie jestem liberałem i nie wierzę w całkowicie elastyczny rynek pracy. Wierzę natomiast, że nasz rodzimy można by jeszcze trochę uelastycznić. To także mogłoby się znaleźć w kontrakcie. Widziałbym tam również miejsce na cały szereg problemów socjalnych. Gdyby na przykład udało się zawrzeć akceptację dla rozsądnej reformy ochrony zdrowia (tu akurat jestem trochę liberałem i uważam, że bez pewnych form współpłatności niewiele da się osiągnąć) także byłoby bardzo dobrze.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|