Na dokładkę pierwszeństwo w wielu województwach, choć jest nową jakością, może się okazać czysto symboliczne. W ogromnej większości sejmików będzie prawdopodobnie nadal rządzić wypróbowana koalicja PO-PSL. Taki jest urok demokracji, niemniej brak większości bezwzględnej boleśnie przypomina o ograniczonej naturze pisowskiego mandatu. Ciężej się będzie teraz powoływać na reprezentowanie „suwerena”.

Dochodzi do tego spektakularne zwycięstwo opozycji w wielkich miastach, najbardziej spodziewane, ale jednak nie w tej skali. Lekcja warszawska czy łódzka uderza po oczach. Pierwszą społeczno-polityczną konsekwencją tych wyborów jest wzmocnienie stanu równowagi. Silne instytucje takie jak dzielące spore sumy sejmiki czy urzędy miejskie w największych metropoliach są niezależne od władzy centralnej, za to ze świeżym mandatem.

Oby nie umocniło to w rządzie pokusy do odbierania samorządom kolejnych kompetencji i ręcznego sterowania z Warszawy wszystkim. Premier Morawiecki podczas kampanii zaprzeczał takim tendencjom. Ale w przeszłości parlament kilka razy rozszerzał już uprawnienia administracji rządowej. Nawet ostatnio w Sejmie pojawił się pomysł obdarzenia ministra kultury prawem wetowania konkursów na dyrektorów teatrów przeprowadzanych na szczeblu samorządowym. Taka pełzająca centralizacja może, ale przecież nie musi natknąć się na weto prezydenta. Zwłaszcza jeśli z kolei same samorządy ulegną pokusie jakichś antyrządowych gestów. Przy dużych politycznych emocjach i perspektywie kolejnych kampanii, jest to możliwe.

Inną konsekwencją będzie utrzymanie bądź korekta pisowskiego kursu. Oczywiście literalnie obrońcy obecnej władzy mają rację: to nie są do końca takie same wybory, nawet na szczeblu sejmików, gdzie tradycyjnie lepszy rezultat niż w wyborach sejmowych ma zawsze PSL, gdzie startowały komitety nieobecne w grze o parlament itd. Niemniej pojawił się trend mający siłę samospełniającej się przepowiedni. I pytanie co tu jest zbiorem przypadków, a co konsekwencją wojowniczego, dość bezwzględnego stylu uprawiania polityki i sprawowania władzy.

Zza kulis pisowskiej kampanii padały twierdzenia, że na przykład problemem jest kiepska jakość prawicowych list, spowodowana również odpływem części doświadczonych samorządowców skuszonych karierami biznesowymi. Jeśli tak, to skądinąd świadectwo pewnej demoralizacji obozu rządowego. Zarazem oparcie całej kampanii na twarzy i obietnicach premiera kieruje pytania w stronę polityki rządowej. Ale także i o linię wyznaczaną przecież nie przez samego Mateusza Morawieckiego, ale przez Jarosława Kaczyńskiego.

Może się pojawić teza, że szef rządu przedstawiony w ostatnich tygodniach – dzięki taśmowej wrzutce - jako grający na różne strony przedstawiciel starych elit to bardziej obciążenie niż atut. Czasu na zmianę jest jednak chyba za mało – w pierwszym odruchu robiąc dobrą minę do złej gry i ogłaszając zwycięstwo, Kaczyński wyraźnie to zadekretował.

Możliwe, że nie jest to jedynie obrona własnych wcześniejszych preferencji personalnych. Może prezes zauważy, że powodów trzeba szukać w różnych osobach i punktach. Jeśli przykładowo politycy PiS skarżą się na komunikat TSUE z ostatniej chwili, to przecież niezależnie od tego, czy sędziowie tego Trybunału zachowali tu prawniczą bezstronność, czy weszli mocno w polską politykę, jest to konsekwencja wielkiej wojny o model naszego sądownictwa. Wojny jak widać przegranej, bo w tym przypadku Unia Europejska znalazła skuteczne narzędzia wpływania na polską rzeczywistość.

To nie Morawiecki jest ojcem twardej linii wobec polskich sędziów, a Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro. Co więcej ten ostatni dosypał w ostatniej chwili do pieca wnioskiem o zbadanie zgodności prawa unijnego z polską konstytucję. Teza, że to droga do polexitu jest naciągana. Ale pozwolono ją snuć opozycji, zamiast wyznawać zasadę „tisze jedziesz, dalsze budiesz”.

W ogóle nieskuteczność podgrzewania nastrojów wojowniczymi komunikatami w wielu sferach ujawniła się, może po raz pierwszy w takiej skali. PiS-owi nie wystarczyło powoływanie się na swoje zasługi (niewątpliwe) w polityce społecznej, ale sięgnął po emocje antyimigranckie. Nie poskutkowało, a w dużych miastach może nawet odebrało trochę głosów.

Nieskuteczna okazała się też kampania przeciw układom pleniącym się wśród dotychczasowych ekip samorządowych. Była ona oparta na prawdziwych faktach i przeświadczeniach, w Warszawie naprawdę to PO odpowiadała politycznie za tolerowanie przez lata „przestępczej grupy w ratuszu”. Ale jako pogromcy tych układów wystąpili ludzie obwiniani od miesięcy o klientelizm i nepotyzm w polityce kadrowej, także w gospodarce. Dodatkowo zemściła się zaś nieumiejętność różnicowania przekazu w różnych regionach. To zresztą stała pięta achillesowa PiS.

Nawet skrajnie twarda polityka wobec PSL uniemożliwiająca teraz zawarcie koalicji chociaż w jednym sejmiku, to dzieło pisowskiej centrali i samego lidera. Jej można by nawet bronić. Nie wiem, czy traktowani łagodniej ludowcy daliby się skusić, przecież nie chcieli tego jeszcze w czasach pierwszych rządów PiS. Wbrew pozorom nie są tak obrotowi jak się ich przedstawia. Tym niemniej może warto było przynajmniej spróbować bardziej wielostronnej gry. Po co od razu deklaracje o „eliminacji ludowców” wypowiadane przez toporną rzecznik partii? Ale do tego aby takich wpadek unikać, trzeba by być trochę inną partią – nie taką, która łączy biurokratyczną ociężałość w walce o przejmowania całego państwa z wrzaskliwym duchem krucjaty.

Politycy PiS mają więc spory materiał do przemyśleń. Nie pocieszałbym się zanadto uwagą, że i Koalicja Obywatelska nie osiągnęła wyznaczonego sobie celu, że jej wyniki nie są nawet sumą rezultatów PO i Nowoczesnej sprzed trzech lat. Możliwe, że dla reputacji Grzegorza Schetyny jako skutecznego lidera to jest problem, ale przecież w tych wyborach część wyborów antypisowskich czy niepisowskich przejęło PSL. Liczy się suma, liczebność wrogich szeregów, a ona jest dla rządzącej prawicy groźnym memento. Żółta kartka została pokazana, choć arytmetyka pozwala udawać, że się jej nie widzi.