Starzejący się i zgorzkniały Stanisław Cat-Mackewicz, patrząc pod koniec II wojny światowej z Londynu na polską teraźniejszość oraz przeszłość miał coraz mniej złudzeń. "Nasz naród można porównać do wielkiego i silnego człowieka, u którego kiszki źle funkcjonują. Jak ktoś może być chory na złe funkcjonowanie kiszek, tak naród nasz jest chory na złe funkcjonowanie aparatu selekcji ludzi. W Anglii drogę do rządów torują istotne przymioty polityczne, dobre przewidywanie wypadków politycznych, realizm w ocenie faktów. U nas frazes sentymentalny. Anglicy szukają indywidualności, my wywyższamy miernoty" - zauważał.

Mijały dekady, w dorosłość wchodziły kolejne pokolenia, upadł komunistycznych totalitaryzm, w przyszły roku III RP będzie obchodzić trzydzieste urodziny, a brak złudzeń jest taki sam. Polską polityką niezmiennie rządzi „sentymentalny frazes”. Natomiast we wszystkich obszarach życia społecznego, z którymi się świat polityki się styka, trwa niezmienne "wywyższanie miernot"”. Co ciekawe do dziś nikt nie pokusił się o naukowe badania, skąd wynika to zjawisko, próbując ustalić jego społeczne przyczyny, określić mechanizm, wskazać kolejne czynniki nań wpływające. Po czym połączyć ustalenia w całościowy raport. Choćby wycinkowy, skupiony na obecności tego zjawiska w obrębie niekoniecznie wielkiej społeczności. Tak, jak to zrobił dr hab. Maciej Gdula, zafrapowany społecznym poparciem dla PiS, co zaowocowało raportem pt. "Dobra zmiana w Miastku". Zapewne raport pt. "Mechanizm wynoszenia miernot na najważniejsze stanowiska w państwie", oparty na badaniach socjologicznych i politologicznych, wiedzy psychologicznej i odwołaniach do analogii z przeszłości, zdobyłby sobie równie wielki rozgłos.

Jakoś jednak o żadnym nie słychać, mimo iż obywatele regularnie odczuwają na własnej skórze skutki samego zjawiska. Tydzień temu głośno o nim było za sprawą upadłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Rzut oka na dorobek akademicki (najdelikatniej mówiąc ubogi) pozwala zauważyć, że na naukowca ów specjalnie się nie nadawał. Na ekonomistę praktyka, który zarządza korporacją, tak samo. Acz może jest to wniosek niesprawiedliwy, bo po prostu Chrzanowski, nigdy niczym nie zarządzał. Mimo to musiał mieć jakieś ukryte walory, skoro rządzący wynieśli go na kluczowe w polskim systemie bankowym stanowisko. Czyniąc człowiekiem odpowiedzialnym za to, żeby polskie banki były bezpieczne, a ich klientom nigdy nie zagroziła utrata dorobku całego życia. Jak się dało odsłuchać z nagrań, jedyną zauważalną kompetencją obecnie aresztowanego szefa KNF była umiejętność prowadzenia bardzo intymnych rozmów z czołowym polskim bankierem. Ich skutki będą odczuwalne jeszcze długo.

Tydzień wcześniej obchodziliśmy stulecie odzyskania niepodległości. Na ich huczne fetowanie takie instytucje, jak IPN czy PFN zasilono grubymi milionami. Jedyną, dającą się zauważyć imprezę zorganizowali w Warszawie narodowcy całkiem gratis. I znów wystarczy rzucić okiem w CV osób, które uczyniono szefami wspomnianych instytucji. Wnioski są cały czas identyczne. Na naukowca się nie nadawał, na menadżera również, ani intelektualista, ani mistyk, nawet nie ideolog. No żeby choć imponował urodą lub umięśnieniem. Tymczasem, jak zawsze wszelkie zalety mocno ukryte.

Tak można się cofać tydzień po tygodniu, rok po roku, przypominając stada miernot, którym powierzono najwyższe stanowiska w państwie. Daje się im niezmiennie władzę, po to żeby urządzili obywateli. No a oni niestety to robią. Obywatele się wkurzają, życząc swym dobroczyńcom oraz ich protektorom w najlepszym przypadku śmierci po długich męczarniach. Gdy frustracja osiąga punkt kulminacyjny wyborcy masowo głosują na opozycję. Opozycja obiecuje rządy ludzi kompetentnych, po czym gdzie się tylko da upycha największe miernoty. Te zaś się biorą za urządzanie obywateli. I tak w koło Macieju niekończący się skręt kiszek (parafrazując Cata-Mackewicza). Dlatego przydałby się rzetelny program badawczy, czemu wyjście z tego zaklętego kręgu jest w Polsce absolutnie niemożliwe.

Bez twardych danych można sobie co najwyżej spekulować na temat przyczyn. Acz postawienie kilku hipotez nie zaszkodzi. Pierwsza z nich mówiłaby, że kariery miernot w III RP nie są niczym nadzwyczajnym. Już w 1968 r. Laurence J. Peter ogłosił twierdzenie, iż w "organizmach biurokratycznych" awansuje się ludzi w oparciu o sukcesy z poprzednich stanowisk i proces ten trwa aż "przekroczą swój próg kompetencji". Czyli nieuchronnie zmierzają tak wysoko, że powierzona im funkcja będzie przekraczał ich wiedze i umiejętności. Niestety Prawo Petera nie tłumaczy polskich fenomenów, gdy np. jedno z kluczowych ministerstw objęła kilka lat temu osoba o kompetencjach do bycia katechetką w klasach 1-4, a jej próg kompetencji znajdował się gdzieś w okolicach 6 klasy. Mimo to potrafiła bez problemu przebić się przez o wiele wyższe „progi” dzięki stałemu wsparciu pani premier.

Może więc problem leży w systemie nauczania młodych ludzi na wyższych uczelniach? Znaną każdemu tajemnicą publiczną jest, że wydawane przez nie tytuły w oparciu o prace: licencjackie, magisterskie, czy doktorskie są masowo kupowane. Każdy może sobie zgooglować, jak bogata jest oferta profesjonalnych firm piszących takie prace. Są ich wręcz setki. Podaż wynika z popytu. Płacisz i masz napisaną magisterkę lub doktorat. Nikt nie usiłuje nawet prowadzić statystyk, więc trudno określić, czy w ostatniej dekadzie zakupiło sobie tą drogą stopień magistra 41 proc. absolwentów, a może 83 proc.? Ci co piszą samodzielnie wychodzą na niezaradnych frajerów, tracących czas, zamiast wprawiać się w sztuce zapodawania wazeliny promotorowi i wpływowym osobom z grona profesorskiego. Tą drogą zapewniając sobie etat na wyższej uczelni. System edukacji promuje intrygantów, a skutecznie eliminuje jednostki mające zadatki na zdobycie jakichkolwiek kompetencji.

Ale i ta teoria ma luki. Wyższe uczelnie to nie jedyny rezerwuar kadr dla administracji oraz aparatów poszczególnych partii politycznych. Być może decydujące znaczenie ma epidemia wodzostwa. Liderzy stronnictw w pierwszej kolejności dbają, żeby w łonie partii oraz jej okolicach nie pojawiła się postać nazbyt zdolna i kompetentna, ponieważ może zdobyć sobie zbyt wielką popularności i pokusić o obalenie wodza. Miernoty nie tworzą takiego zagrożenia. Są ślepo wierne, ponieważ dobrze wiedzą, że upadek wodza będzie oznaczał koniec ich błogiego życia. Nie bywają bowiem zdolne do samodzielnej egzystencji politycznej, z czego też doskonale zdają sobie sprawę. Przyczyn, czemu w strukturach państwa na zawrotne kariery największe szanse mają u nas niekompetentne miernoty, da się wskazać jeszcze sporo. Natomiast bardzo trudno dojrzeć jakąkolwiek moc sprawczą zdolną to zmienić.