Tegoroczna szykuje się w okolicach 35 proc. uprawnionych do głosowania. Jednak i tak będzie to sondaż bardziej rzetelny od tych, prezentowanych przez rozliczne pracownie badania opinii publicznej. Z ich sondaży wywnioskować głównie można to, jaka partia za dany zapłaciła. Natomiast eurowybory na szczęście gwarantują przynajmniej uczciwe przeliczenie głosów obywateli. Acz tylko tych, którym chciało się pójść do urn. Tymczasem jest rzeczą niezwykle frapującą zaobserwowanie, na ile wiara polityków w magiczne formuły przekłada się na wiarę w nie zwykłych Polaków. Zwłaszcza, że zaserwowano im właśnie szczyty czarodziejskiego spektaklu w postaci ekspresowej nowelizacji kodeksu karnego. Tak odpowiadając na jeden reportaż, cieszący się nadzwyczajną popularnością.

Na czym polega rzucanie "magicznego zaklęcia" w czasach zdominowanych przez naukę i jakoby racjonalizm, najłatwiej prześledzić na prostym przykładzie. Oto wydarza się coś strasznego. Weźmy pełen pasażerów autobus, który wjechał na kolejowym przejeździe pod rozpędzone Pendolino. Ginie multum ludzi, inni zostają potwornie okaleczeni. Ci przytomni widzą takie rzeczy, po których człowiek do końca życia budzi się w nocy z krzykiem. Krewni ofiar nie mają się dużo lepiej. W obliczu tego koszmaru media, służby ratunkowe i przedstawiciele władz natychmiast sięgają po sprawdzoną, magiczna formułę. Brzmi ona: "wszyscy poszkodowani są pod opieką psychologów". Czyli ich traumy od ręki znikną, przeszłość zostania zapomniana i wkrótce będą uśmiechnięci, a nawet szczęśliwi. Jednym słowem nie ma czym się przejmować, bo tragedia jest już pod kontrolą fachowców. W czasach dominacji religii zaklęcie brzmiało nieco inaczej. Gdy na polu bitwy, po utracie kilku członków i rozpruciu brzucha skonał sobie jakiś pechowiec, krewni i przyjaciele oddychali z ulgą, po usłyszeniu od kapłana, że nieboszczyk zdążył się wyspowiadać oraz przyjął ostatnie namaszczenie. Nad konaniem przejęli zatem kontrolę fachowcy, dzięki czemu szczęśliwa duszyczka dostąpiła zbawienia. Niby coś innego niż dziś, lecz generalnie chodzi o to samo. Ludzie otrzymują komunikat poprawiający im samopoczucie wbrew faktom. No ale fakty dużo trudniej zmienić od samopoczucia.

Ten sam mechanizm "magicznych zaklęć" stał się specjalnością polskich polityków. Jeśli tylko nadarzy się okazja natychmiast po nie sięgają, wykazując się przy tym niezachwianą wiarę, że (jak rzekł klasyk) ciemny lud to kupi i odpowiednio zagłosuje. Tymczasem palących problemów jest coraz więcej. Pierwszy z brzegu, to balansowanie na krawędzi kryzysu energetycznego. Chwilowo dzięki specustawom udało się zablokować podwyżki cen energii dla gospodarstw domowych (ale co się odwlecze…), natomiast ceny prądu dla firm są już w porywach o 30 proc. wyższe niż w Niemczech. Najbardziej energochłonne gałęzie przemysłu szykują się więc do ucieczki z Polski. Spektakularne zaklęcie, mające rozwiązać problem, brzmi … "Polska wolna od węgla do 2030 roku".

Szermującego nim Roberta Biedronia zupełnie nie obchodzi kilka faktów, a już zwłaszcza ten, że jest to niemożliwe. Gdyby zadał sobie trud zapoznania z tematem wiedziałby, że energetyka odnawialna produkuje prąd w niestabilny sposób. Zależna jest bowiem od tego czy wieje wiatr lub świeci słońce. W systemie muszą więc pozostawać elektrownie konwencjonalne, potrafiące błyskawicznie zwiększać lub zmniejszać wytwarzanie energii, tak stabilizując go i chroniąc przed załamaniem. Muszą one być zdolne do dostarczenia co najmniej połowy zapotrzebowania na energię w danym kraju. Inaczej, gdy nagle przestanie wiać wiatr lub zadmie za mocno, może nastąpić wielkie bum zwane blackoutem.

System padnie i prądu nie będzie w całym kraju na długie godziny lub nawet dni. Co może zacząć powtarzać się regularnie. W sumie fakt prosty, jak budowa cepa, lecz żeby się z nim zmierzyć, należy wymyślić, czym zastąpić istniejące elektrownie węglowe. No ale lider "Wiosny" woli zaklęcia, choć świadczą one, że jest albo totalnym ignorantem, albo bezczelnie kłamie.

Inny, palący problem, który wstrząśnie w niedługiej przyszłości Polską, to zapaść demograficzna połączona z napływem emigrantów. Natura nie znosi pustki i w miejsce starzejących się, wymierających Polaków, już napływają obcy. Nim się obejrzeliśmy - mamy 1,5 mln Ukraińców. Jeśli będzie potrzebnych 7 mln rąk do pracy, polscy pracodawcy też sobie poradzą. Sprowadzą siłę roboczą nawet z Wyspy Wielkanocnej. Jak boleśnie wygląda zderzenie z realiami "multikulti", gdy ogromne rzesze przybyszów ani nie zamierzają się asymilować, ani też przestrzegać reguł wymaganych przez gospodarza, przekonują się na własnej skórze Niemcy, Szwedzi, Francuzi, Włosi, etc. Zawczasu więc należałoby zacząć wdrażać przemyślaną politykę imigracyjną. Tak, jak z prawami człowieka na ustach i bezwzględnym cynizmem w codziennym życiu robią Kanadyjczycy, Amerykanie, czy Australijczycy. Czoła wyzwaniom polityki imigracyjnej stawiają Konfederaci magicznym okrzykiem "zamkniemy granice”". Zapewniając, że oni to nie wpuszczą nikogo i w spokoju pomrzemy sobie ze starości.

Oczywiście przy użyciu filmów dokumentalnych Grzegorza Brauna, piosenek Liroya i przemyśleń Korwina-Mikke da się przepłoszyć z terytorium III RP miliony emigrantów. Jednak nie ma gwarancji, że z czasem tego nie polubią i nie wrócą. Z kolei obóz postępu, zgrupowany w Koalicji Europejskiej od lat z klęską demograficzną walczy zaklęciami głoszącymi, iż żłobki, przedszkola, urlopy macierzyńskie i ulgi podatkowe, to niezawodne panaceum. Gdyby jego przedstawiciele zadali sobie trud sięgnięcia po laptop lub smartfon, połączenia z Internetem i skorzystania z powszechnie dostępnych baz danych (z Eurostatem na czele), to byłaby szansa na oświecenie. Śledzone od lat trendy demograficzne w Europie za żadne skarby nie chcą się zmienić na lepsze, pomimo olbrzymich inwestycji w całą wspomnianą infrastrukturę opiekuńczą. W nawet porażającej liczbą żłobków i przedszkoli Szwecji, dzietność kobiet nie oscyluje w okolicach magicznej cyfry 2,1 - oznaczającej zastępowalność pokoleń. Skoro więc rzucane od ponad trzech dekad przez lewicę i liberałów zaklęcie nie przynosi oczekiwanych efektów, to może należałoby wreszcie wyciągnąć wiosek, iż to tylko magia. Śledząc kolejne wystąpienia Schetyny, Nowackiej, Kopacz, etc. żadnej refleksji nie widać.

W ten festiwal czarów Prawo i Sprawiedliwość wpisuje się konsekwentną wiarą w magiczną moc prawa. Być może dla partii, na czele które stoi doktor nauk prawnych i prawnicy są w niej nadreprezentowani, stanowi to naturalną kolej rzeczy. Niezależnie czy prąd drożeje, czy poczucie polskiej dumy narodowej na forum międzynarodowym maleje, recepta zawsze ta sama – nowa ustawa. Przy czym aby dodać jej czaru musi być napisana na kolanie przez dyletantów i uchwalona koniecznie o czwartej nad ranem. Inaczej nie zadziała. Oczywiście mowa o działaniu na rzecz poprawy nastrojów społecznych i sondaży, bo w realnym życiu taki potworek legislacyjny może czynić jedynie szkody. Choć w przypadku nowelizacji kodeksu karnego widać, że ów magiczny spektakl był szykowany przed jesiennymi wyborami.

Jednak film Tomasza Sekielskiego tak mocno uderzył w autorytet Kościoła, a więc pośrednio, w broniący tej instytucji, jak niepodległości PiS, że wyraźnie postanowiono odczynić nowelizację wcześniej. Eksponując ze wszystkich sił te jej elementy, które zaostrzają karanie pedofilów. Tak, żeby wyborca zobaczył, iż cała katastrofa „jest pod opieką psychologów” lub jeśli woli "przyjęła ostatnie namaszczenie". Jako, że Sekielski szykuje już się do reportażu o SKOK-ach można mieć pewność, iż w okolicach premiery czeka nas spektakularna acz bezsensowna nowelizacja prawa bankowego. I tak magiczny spektakl sobie trwa, a które ze sztuczek zdobyły sobie największe uznanie wskaże za tydzień sondaż zwany eurowyborami.