Co mówiła nam mina i mowa ciała Jarosława Kaczyńskiego w wieczór wyborczy 13 października 2019 r.? Można było odnieść wrażenie swobody, siły, panowania nad otoczeniem. Tak się zachowuje człowiek pewny swojej pozycji, który zrzucił z siebie ciężar. Sam udzielał głosu sobie i innym (w tym premierowi), milkł, po czym znowu przemawiał.

Nie mogło być inaczej. Ponowne zdecydowane zwycięstwo wyborcze, bez precedensu w historii III RP, jest jego dziełem. Owszem, cztery lata wcześniej dyrygował wszystkim, ale był schowany za plecami Beaty Szydło. Nie czuł się na tyle silny, aby po tamtych wyborach zrobić premierem nie Szydło, a Piotra Glińskiego, chociaż wolał to drugie rozwiązanie. Teraz jest nie tylko autorem strategii, lecz także uznanym przez wszystkich wojownikiem. PiS wygrał nie pomimo niego, a dzięki niemu. To rodzi poczucie przewagi nad światem.

A jednak w wystąpieniu Kaczyńskiego pojawiły się tony pełne rozczarowania. Przez jego twarz przebiegał cień melancholii. Wezwał do "refleksji nad tym, co się nie udało". I przypominał swoim ludziom, że "poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać".

Rozczarowujące zwycięstwo

Z jego słów można było wyczytać zdziwienie, że wobec tak hojnych prezentów dla Polaków większość popierająca PiS nie okazała się wyraźniejsza. Pojawiły się nawet sugestie co do przyczyn: jesteśmy świetni, tylko nie potrafimy o tym opowiedzieć. Wybrzmiał też tradycyjny żal z powodu zmasowanej kampanii przeciw rządzącym. I niejasna zapowiedź kontynuacji twardej polityki wobec sądów. Czy to oznacza, że Kaczyński chce jeszcze więcej tego samego, co było w minionej kadencji? Propagandy połączonej z dalszym przebudowywaniem pola gry?

Skąd ten żal? – Spece od sondaży obiecywali 47, 48 proc. Zrobiliśmy wiele, żeby zmobilizować letniego wyborcę zadowolonego z transferów socjalnych, ale teraz pojawia się myśl: można było zrobić więcej. Na dokładkę prawie do ostatniej chwili sztab przekonywał go (Kaczyńskiego – red.), że Konfederacja nie przekroczy 5 proc. – relacjonuje ważny polityk partii rządzącej.

Dodajmy, że chociaż PiS poprzebijał większość sufitów, odniósł masę zwycięstw także w Polsce zachodniej i północnej, to nie przewyższył pod względem liczby głosów całej opozycji, nawet bez Konfederacji. Łatwo to sprowadzić do absurdu. Przecież nikomu przed nim nie udało się aż tyle. Ale taka jest logika wojny PiS z anty-PiS, że podnosi się poprzeczkę.