Nie kursuje komunikacja miejska, centrum Budapesztu jest jak wymarłe. W szpitalach leży około stu rannych. Cztery osoby są w bardzo ciężkim stanie. A jeszcze kilka godzin temu na ulicach trwała regularna bitwa. Armatki wodne z impetem rozpędzały wściekły tłum, policjanci strzelali w tłum gumowymi kulami, gaz łzawiący gęsto ścielił się po centrum Budapesztu. Na moście Elżbiety demonstranci postawili barykadę, ale siły specjalne zdobyły ją szturmem.
Policjanci odbili też czołg, który manifestanci porwali z wystawy poświęconej 50. rocznicy antyradzieckiego powstania w Budapeszcie. Ciężka maszyna próbowała rozbić policyjny kordon, ale zatrzymała się na barykadzie z radiowozów.
Starsi mieszkańcy Budapesztu mają łzy w oczach. Nie spodziewali się, że ich miasto będzie tak wyglądać pół wieku po antyradzieckim powstaniu. Wtedy Sowieci krwawo tłumili rodzącą się na Węgrzech demokrację, dziś policja tłumi antyrządowe protesty.
A wszystko przez socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsany'ego. Gdy z posiedzenia rządu wyciekło nagranie, na którym premier przyznał, że przez długi czas kłamał, jakoby gospodarka kwitła i na Węgrzech było coraz lepiej, prawica wpadła we wściekłość. Jej zwolennicy wyszli na ulice. Zaczęły się nocne bitwy z policją, codzienne demonstracje. Ale nawet pod tak silną presją ulicy skompromitowany szef rządu nie podał się do dymisji.
I teraz, w czasie obchodów 50. rocznicy antyradzieckiego powstania, czara goryczy się przelała. Kilkadziesiąt tysięcy Węgrów z flagami i gwizdkami przyszło pod parlament. Krzyczeli: "Wolne Węgry!", "Gyurcsany kłamca!" czy "Nie zapomnimy '56 roku!". Gdy oddziały policji próbowały wypchnąć ich z centrum, wściekły tłum ruszył do boju. Zamieszki trwały do rana.