>>> Zobacz wstrząsające zdjęcia z miejsca wypadku

Reklama

"Był huk i piski, jedna pani wyleciała na ulicę" - relacjonuje w TVN24 Robert Kuźmicz, jeden z chłopców rannych w wypadku. "Autokar był sprawny" - przekonuje leżący w szpitalu kierowca. Dodaje, że ma duży staż za kierownicą. "Jeżdżę od 18. roku życia" - mówi mężczyzna.

"Mnie prowadziła nauczycielka. Powiedziała, że tędy cały czas jeździła. Moja ostrożność tak jakby się wyłączyła. Mam na sumieniu tyle nieszczęść" - dodaje w TVN24.

Autokar przewoził 45 dzieci i troje opiekunów ze szkoły podstawowej w Bystrzycy Górnej do świdnickiego teatru. Wysoki pojazd nie zmieścił się pod wiaduktem. Do wypadku doszło w centrum Świdnicy. Początkowo policja podała, że autokar jechał z nadmierną prędkością. Zaprzecza temu jednak prokuratura. Zdaniem śledczych, pojazd jechał z prędkością około 50 kilometrów na godzinę.

>>> Kierowca autobusu: Boże, co ja zrobiłem?

"Z tego, co wiem, wiadukt był bardzo dobrze oznaczony, były tabliczki z informacjami, jakiej wysokości pojazd może tam wjechać" - mówi DZIENNIKOWI Dariusz Szymaniak ze straży pożarnej w Świdnicy. "Dach autokaru do szóstego rzędu siedzeń został kompletnie zerwany. Ze wstępnych ustaleń wynika, że dzieci, które siedziały na przedzie pokładu, ucierpiały najbardziej" - dodaje Szymaniak.

>>> Rozbił autokar, bo dopiero się uczył

Trzydzieścioro dzieci zostało przewiezionych do szpitala karetkami. Najciężej rannych zabrały śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Stan czterech osób określany jest jako ciężki. Poważnie ranne jest jedno dziecko i troje opiekunów.

"Dzieci, które nie wymagały hospitalizacji zostały opatrzone na miejscu" - mówi Szymaniak. "Natychmiast poderwaliśmy trzy śmigłowce z Gliwic i Zielonej Góry" - powiedział DZIENNIKOWI Robert Gałązkowski z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Na miejscu jest już dyrektorka szkoły i rodzice dzieci poszkodowanych w wypadku.

p