Jayne Frankland*

Reklama

Moja historia jest dość niezwykła. Po 10 latach rozpaczliwych, bezowocnych starań o dziecko skorzystałam z pomocy matki zastępczej, która urodziła mi syna. A potem stał się cud: sama zaszłam w ciążę i to aż trzykrotnie! Pamiętając, co czuje kobieta, która nie może mieć dzieci, postanowiłam sama zostać surogatką. Decyzję starannie przemyślałam. Zastanawiałam się, czy podołam wysiłkowi fizycznemu, jakim jest ciąża, i czy nie wyrządzę krzywdy mężowi, który będzie musiał przechodzić razem ze mną okresy długiej abstynencji seksualnej, gdy ja będę poddawana hormonalnej stymulacji. A w końcu uznałam, że tylko w ten sposób odwdzięczę się za radość macierzyństwa, jakiej doznałam dzięki surogatce.

Nie robię tego dla pieniędzy, zresztą w Wielkiej Brytanii jest to zakazane. W 2003 r. przystąpiłam do organizacji zrzeszającej kobiety, które rodzą dzieci obcym ludziom. Nasze motywy są altruistyczne: wszystkie widziałyśmy, jak cierpią nasze bezpłodne siostry lub przyjaciółki i chcemy pomóc innym bezdzietnym parom. Nie przyjmujemy za swoje usługi żadnego wynagrodzenia, a klienci jedynie pokrywają koszty poniesione przez nas w czasie całej ciąży.

W Wielkiej Brytanii to surogatka wybiera rodziców. To ważne, bo nasze stosunki są oparte na zaufaniu. Muszę lubić i szanować ludzi, którym urodzę dziecko. Ja zawsze, a byłam surogatką już dwa razy, spotykałam się z nimi raz w miesiącu, dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy e-maile. Staliśmy się przyjaciółmi. Dlatego nigdy, nawet przez sekundę, nie pomyślałam o ich dziecku, które nosiłam w brzuchu, jako o własnym. To było dziecko mojej zdesperowanej przyjaciółki i jej męża, któremu ja tylko pomagałam przyjść na świat. Przyjaciół się nie zawodzi, nie robi im się krzywdy, np. zmieniając w ostatniej chwili zdanie i postanawiając zatrzymać dziecko. Nigdy nie traktowałam tego, co robię, jako handlowej transakcji.

*Jayne Frankland ma 39 lat, jest wolontariuszką organizacji Surrogacy UK