Raport Eurostatu, unijnego urzędu statystycznego, nie pozostawia złudzeń: "Ten raport potwierdza nasze wszystkie najgorsze przypuszczenia. W Polsce potrzeba jak najszybszej reformy struktury wydatków" - mówi dyrektor Lesław Nawacki z biura rzecznika praw obywatelskich.
Jak przyznaje, do RPO codziennie zgłasza się kilka osób z błaganiem o pomoc. "Najczęściej są to właśnie rodziny wielodzietne, samotne matki oraz emeryci i renciści. Wielu z nich żyje znacznie poniżej minimum egzystencji" - przyznaje Nawacki. Właśnie w takiej sytuacji jest 45-letnia Wacława Sobocińska z Warszawy, która ma na utrzymaniu siedmioro dzieci. Przez 20 lat kobieta pracowała jako woźna w szkole. Od pół roku jest na zwolnieniu lekarskim, bo choruje na cukrzycę i nadciśnienie.
Dostaje 700 zł zasiłku chorobowego, a do tego ma od opieki społecznej Rodzinę wspiera konkubent pani Wacławy, który jednak zarabia tylko tysiąc złotych. A jakby tego było mało, od niedawna komornik zabiera także pensję pani Wacławy. "Zadłużyliśmy się, nie płacąc za czynsz. To aż 820 zł miesięcznie, więc ważniejsze były rachunki za gaz i światło. Teraz grozi nam eksmisja" - mówi kobieta. Gdyby nie pomoc różnych fundacji i organizacji charytatywnych, jej dzieci nie miałyby ubrań i jedzenia.
Podobne historie często opisujemy w „Dzienniku”. " mówi Beata Mirska, prezes Stowarzyszenia Damy Radę, która wspiera rodziny w kryzysie.
Unijna średnia jest dwukrotnie wyższa. "Bardzo często zgłaszają się do nas osoby, które przy tak mizernym wsparciu państwa nie są w stanie pozwolić sobie na drogie leki. Dla samotnie wychowującej dziecko matki albo emeryta oznacza to czasem wybór: leczyć się czy jeść?" - przyznaje Lesław Nawacki z biura RPO.
Zdaniem specjalistów problem polega na tym, że pomoc w Polsce jest źle rozdzielana. "Jesteśmy pod tym względem 20 lat za Zachodem. mówi Anna Osińska z ruchu ATD Czwarty Świat zajmującego się wykluczeniem społecznym. A poza tym - dodaje - pomoc rozdaje się w Polsce zupełnie bezmyślnie, według jednego szablonu, a także bez jakiejkolwiek weryfikacji.
Zgadza się z nią Beata Mirska. "Świadczenia dostają osoby, które na nie nie zasługują, bo mogłyby zostać wypchnięte na rynek pracy. A naprawdę potrzebujący dostają o wiele za mało. Tymczasem pomoc powinna być dostosowana do konkretnej osoby i jej potrzeb" - dodaje. Jej zdaniem zmiana prawa to nie wszystko. "Ale co się dziwić, że nie chcą oni pracować za 1500 złotych. Jak tacy ludzie mają pomagać innym, skoro sami są na skraju ubóstwa?" - pyta retorycznie Mirska.