Odział zakaźny szpitala powiatowego w Mielcu, do którego trafiła chora na świńską grypę kobieta, wczoraj wieczorem był zamknięty. Na drzwiach wisiała jedynie mała kartka z napisem "Zakaz wchodzenia. Szpital zamknięty".

Jeszcze kilka godzin wcześniej, zanim Ministerstwo Zdrowia oficjalnie poinformowało o niebezpiecznej chorobie pacjentki mieleckiej placówki, położony na tyłach kompleksu wybudowanego w latach 70. szpitala oddział pracował normalnie.

Każdy, kto tylko chciał, mógł wejść do środka i rozmawiać z pacjentami, a lekarze chętnie udzielali informacji na temat stanu zdrowia kobiety, którą odseparowano w izolatce. "Stan pacjentki jest dobry, gdyby nie to, że przyjechała ze Stanów Zjednoczonych, nigdy nie trafiłaby do tego pomieszczenia" - zapewniał nas wczoraj popołudniu ordynator oddziału Józef Sznajder.

Wszystko zmieniło się po godz. 19, niedługo po tym, gdy na ekranach telewizorów pojawiły się alarmujące informacje o pierwszym potwierdzonym przypadku świńskiej grypy w Polsce. Drzwi oddziału zamknięto na głucho, a okna na parterze jednopiętrowego budynku szczelnie zasłonięto roletami. Niedługo potem ktoś przykleił do drzwi taśmą samoprzylepną kartkę z opatrzoną pieczątką ordynatora informacją o zakazie wstępu.

Gdy około godz. 21 próbowaliśmy wejść na oddział, ale nikt nie reagował na dźwięk dzwonka. Nie licząc koczujących w pobliżu wejścia ekip telewizyjnych i dziennikarzy, pusto było też wokół szpitala.

Małe zamieszanie powstało tylko wtedy, gdy tuż po godz. 21 przed drzwi wejściowe podjechała na sygnale karetka, z której wysiadła trójka pasażerów - mąż oraz dwoje dorosłych dzieci chorej kobiety. Nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.

Na oddziale słuchawkę telefonu podnosiły jedynie pielęgniarki z dyżurki, które zdenerwowane szybko ucinały wszelkie pytania. "Mamy tu czterdziestu pacjentów, ordynator ma dyżur, a my nie mamy czasu na rozmowy" - prawie krzyczały na dziennikarzy.

Jedyną osobą, która udzielała informacji dziennikarzom, była rzeczniczka szpitala Aneta Dyka-Urbańska, która na zaimprowizowanej konferencji prasowej uspokajała, że ze względu na położenie budynku, w którym mieści się oddział zakaźny, i odseparowanie chorej, żadna z osób postronnych nie powinna się od niej zarazić.