O tym, że służby ukrywają prawdę o losie zaginionego miesiąc temu Zielonki, przekonani są prowadzący dochodzenie policjanci. Szczególnie dziwne jest to, że - jak twierdzą przełożeni chorążego - nie miał on ani służbowej, ani prywatnej komórki. "Dysponując telefonem, szybko ustalilibyśmy miejsce pobytu szyfranta. W policji każdy dzielnicowy ma komórkę, trudno więc uwierzyć, by nie miał jej żołnierz służb specjalnych. Choćby po to, aby w razie potrzeby można było go ściągnąć do pracy" - mówi wysoki rangą oficer stołecznej policji.

>>> Znał najtajniejsze szyfry. Zniknął bez śladu

DZIENNIKOWI udało się ustalić numer telefonu stacjonarnego do mieszkania chorążego na warszawskim Gocławiu. Od dwóch tygodni jednak nikt nie podnosi słuchawki, nie włącza się nawet automatyczna sekretarka. "Wiemy, że żona pracuje w wojsku. Prawie na pewno również w tajnych służbach. Prawdopodobnie ktoś podjął tam decyzję, by ukryć ją wraz z dzieckiem" - twierdzi nasz rozmówca z policji. Funkcjonariusze kontaktują się z nią wyłącznie przez komórkę.

Policjanci nie kryją też zdziwienia, że ani żona, ani przełożeni podoficera nie poinformowali o jego zaginięciu Żandarmerii Wojskowej. Rąbka tajemnicy uchyla nasze źródło w wojskowych służbach specjalnych. "Jestem przekonany, że przełożeni chorążego nie chcieli, by pojawiła się u nich żandarmeria i wojskowa prokuratura. Policjanci mają prawo zadawać nam pytania, ale nie musimy na nie odpowiadać zgodnie z prawdą. Kłamstwo w zeznaniach złożonych prokuratorowi wojskowemu grozi zarzutami karnymi" - twierdzi nasz rozmówca.

Gdy przed niemal dwoma tygodniami ujawniliśmy, że służby ukrywają w tajemnicy zaginięcie chorążego, rozpętała się burza. Posłowie z komisji ds. służb specjalnych zażądali natychmiastowego spotkania z szefem wywiadu wojskowego.

>>> Policyjna specgrupa poszukuje szyfranta

"To wydarzenie nie pociąga za sobą zagrożenia dla państwa" - zapewniał przewodniczący komisji Stanisław Rakoczy (PSL). Jednak udało nam się ustalić, że chorąży był osobą najwyższego zaufania. Przyznano mu najwyższy certyfikat bezpieczeństwa, dzięki któremu miał dostęp do tajemnic NATO. Ostatnio szkolił młodych szyfrantów, a przez jego biurko przechodziły meldunki od agentów działających poza granicami kraju. "Trudno zrozumieć, jak mógł dostać taki certyfikat, skoro od lat jego małżeństwo było fikcją. W ankiecie bezpieczeństwa przebieg pożycia małżeńskiego jest drobiazgowo analizowany. Przeoczenie problemów rodzinnych to błąd kontrwywiadu" - komentuje nasz rozmówca ze służb.

Co więc się stało z chorążym? Według naszych rozmówców najbardziej prawdopodobne są dwie wersje wydarzeń. Pierwsza zakłada, że popełnił samobójstwo lub zginął przypadkowo. Według drugiej od dawna współpracował z obcym wywiadem i został wywieziony z kraju. "Niedawno wpadli rosyjscy agenci w Warszawie i Brukseli. Mógł się poczuć zagrożony" - spekuluje nasz rozmówca.