Bogdan Borusewicz w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" oskarża ks. Henryka Jankowskiego o to, że był agentem SB. Jego zdaniem, to właśnie duchowny "nakręcił" konflikt między Anną Walentynowicz a Lechem Wałęsą.- tłumaczy. - dodaje.
Przypomina też kolejną historię z 1984. Opowiada, jak udało mu się załatwić - dzięki pomocy młodej dziewczyny z księgarni - konspiracyjne mieszkanie dla niego i jego rodziny. Okazało się jednak, że adres został szybko spalony. Borusewicz postanowił sprawdzić, jak to się stało. Okazuje się, że dziewczyna poprosiła o pomoc ks. Jankowskiego, a zaraz po tym wydarzeniu zaczęła ją śledzić SB.
- wyjaśnia opozycjonista. Przypomniał też w rozmowie z "Wyborczą", że mówił o tym wielokrotnie hierarchom Kościoła, jak i osobom, które stawiały ks. Jankowskiemu pomnik.
Zapytany, czy wiedział o pedofilii, stwierdził, że nie miał o tym pojęcia. Tłumaczy, że trzymał się z daleka od ks. Jankowskiego, bo nie miał do niego zaufania i obawiał się agentów SB, których - jak mówi - pełno było w św. Brygidzie. Ocenia jednak, że włądze musiały wiedzieć o skłonnościach księdza. - zauważa Borysewicz.
Do sprawy kapelana "Solidarności" odniósł się na Twitterze również były prezydent Lech Wałęsa.
"To trudna sprawa. Moja pozycja w Solidarności bez udziału fizycznego i zaangażowania Ks. Jankowskiego też byłaby inna. Nikt za życia księdza nie poinformował mnie i nie zgłosił podobnych uwag. Był moim przyjacielem i tak pozostanie. Tylko Pan Bóg może to wyjaśnić i osądzić" - napisał.
To trudna sprawa. Moja pozycja w Solidarności bez udziału fizycznego i zaangażowania Ks.Jankowskiego tez byłaby inna.Nikt za życia księdza nie poinformował mnie i nie zgłosił podobnych uwag .Był moim przyjacielem i tak pozostanie.Tylko Pan Bóg może to wyjaśnić i osądzić.
— Lech Wałęsa (@PresidentWalesa) February 22, 2019