Co kilka miesięcy na łamach tabloidów powtarza się ten sam spektakl. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski jest pytany przez dziennikarzy o jakieś wyjątkowo brutalne przestępstwo, które kończy się wypuszczeniem sprawcy lub przynajmniej zbyt słabymi zarzutami. "Zajmę się tym" - zapewnia minister, formalnie wciąż szef prokuratury.

Tym razem "Superexpress" zapytał go o straszną historię półtorarocznego Szymusia zakatowanego w Elblągu przez konkubenta matki. Prokurator postawił sprawcy zarzut... pobicia ze skutkiem śmiertelnym, a nie morderstwa. Jeśli okładanie albo rzucanie o ścianę takim maleństwem nie jest morderstwem, to co nim jest? Minister zapewnia "Superexpress": "Byłem poruszony i wstrząśnięty. Już z samego rana poprosiłem prokuraturę o stosowne wyjaśnienia na piśmie".

Słusznie? Tak, nawet bardzo. Minister nie przypomina tylko o jednym. Gdyby parlament przyjął zgłoszoną w parlamencie i przez PO, i przez lewicę ustawę o prokuratorze generalnym, takie wyjaśnienia - ba, męczenie Ćwiąkalskiego o cokolwiek - byłyby niemożliwe. Prokuratura stałaby się sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Byłaby kierowana przez urzędnika wybieranego z grona prokuratorów i za ich zgodą, nieodpowiedzialnego przed opinią publiczną. Dziennikarze "Superexpressu" mogliby kierować swoje pretensje na Berdyczów.

Ustawa jak na razie nie jest przyjmowana, bo minister Ćwiąkalski musi najpierw wyczyścić prokuraturę z ludzi Ziobry. Ale jak widać dobrze, że nie jest przyjmowana, bo przynajmniej czasem obywatele, zniesmaczeni postępowaniem wymiaru sprawiedliwości, mogą naciskać konkretnego, znanego z imienia i nazwiska polityka, który przynajmniej powinien bać się wyborców.

Ale co wtedy, gdy rząd Tuska uzna, że nie ma potrzeby dłużej brać odpowiedzialności za prokuraturę? Dlatego jestem, inaczej niż duża część elit i część redakcji DZIENNIKA, gorącym przeciwnikiem tej ustawy.