Rzecznik rządu potrzebuje aż dwóch tygodni, by podliczyć wszystkie wizyty Kazimierza Marcinkiewicza u Donalda Tuska. W sumie to nic dziwnego - jak rozdzielić spotkania polityczne od rozmów na temat prywatyzacji? Wedle prawa, Marcinkiewicz nie jest zresztą żadnym lobbystą. Nie musi figurować w specjalnych spisach i chadzać po Sejmie z czerwoną przepustką.

Na takich, jak on w slangu finansistów mówi się: "door-opener", bardziej swojsko - "klamkarz". Człowiek, który otwiera każde drzwi. Były premier, który mechanizmy funkcjonowania gospodarki zna od podszewki. Zna albo może znać sposoby chronienia narodowej waluty. Orientuje się w szczegółach strategii prywatyzacyjnej, zwłaszcza jeśli sam ją współtworzył. Jest w stanie scharakteryzować najważniejsze osoby w państwie na podstawie własnych doświadczeń i przeżyć. Przewidzieć potencjalną reakcję na dany proces lub jej brak, co może mieć kapitalne znaczenie z punktu widzenia specjalnych bankowych struktur, które przygotowują grunt pod planowane operacje. Poza tym ma wiadomości z pierwszej ręki i notes z telefonami.

Słowem - zaufany pośrednik od kontaktów między bankiem a władzą, zatrudniony do spraw niekonwencjonalnych, bo od konwencjonalnych są całe masy wykwalifikowanych fachowców. – No i działa wyłącznie tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, bo przecież on żadnych aktywów nie ma - zauważa jeden z warszawskich lobbystów.

Zaś Marcinkiewicz pytany o swe biznesowe zajęcia odpowiada tylko: - Odczepcie się ode mnie.

Całość artykułu o biznesowej aktywności byłego premiera w sobotnio-niedzielnym wydaniu DZIENNIKU.