Premier Donald Tusk mówił dużo o pomocy dla młodych rodziców. Zapowiedział wprowadzenie rocznych urlopów macierzyńskich, obiecał też, że w 2015 roku nie zabraknie miejsc w żłobkach i przedszkolach. Podpisałby się Pan pod tymi pomysłami, jako premier?

Prof. Piotr Gliński: Tak, podpisałbym się. Dziwi mnie tylko, że po pięciu latach rządów Donalda Tuska te cele wciąż nie są realizowane. To podstawowe cele, których spełnienie jest niezbędne do normalnego funkcjonowania społeczeństwa. Ale wciąż nie ma żadnej pewności, że projekty te zostaną zrealizowane, bo pan premier obiecywał już różne rzeczy. Poza tym uważam, że problem dostępności do żłobków i przedszkoli można rozwiązać znacznie taniej i szybciej.

Taniej? W jaki sposób?

Przy wykorzystaniu organizacji pozarządowych, inicjatyw międzysektorowych i funduszy unijnych. Fundusze unijne pomagały przecież w zakładaniu przedszkoli wiejskich. Stowarzyszenia prowadziły przedszkola w oparciu o szkoły, które dysponowały odpowiednią infrastrukturą i nauczycielami przygotowanymi do wychowywania dzieci w wieku przedszkolnym. Czasem dokładały się do tego samorządy. Takie wiejskie przedszkola, zapewniające opiekę na 4-5 godzin dziennie nie tylko odciążają rodziców, którzy w tym czasie mogą zająć się czymś innym, ale również zapewniają dzieciom skok edukacyjny i kulturowy. Nie zapominajmy, że w Polsce 1/4 dzieci żyje w warunkach ekonomicznie i kulturowo wykluczających. Tu jest naprawdę dużo do zrobienia.

Czyli ocenia pan pomysł premiera jako krok w dobrym kierunku?

To, co powiedział premier, to dobry krok, ale to jeszcze nie rozwiązuje problemów społecznych. Polskę musi być stać na to, by matki miały dłuższe urlopy macierzyńskie czy wychowawcze, bo tylko w ten sposób będziemy mogli przełamać kryzys demograficzny i zapaść cywilizacyjną. Propozycja zgłoszona przez Donalda Tuska miała prawdopodobnie na celu rozbudowanie socjalnej strony polityki rządu. Ale proszę zauważyć, że to nie są kroki przygotowujące społeczeństwo do kryzysu, który ma nadejść w przyszłym roku.

Rząd tnie wydatki publiczne, podnosi wiek przejścia na emeryturę. Musi Pan przyznać, że coś jednak robi w tej sprawie.

Nieprawda, reforma emerytalna nie jest przecież odpowiedzią na zbliżającą się recesję gospodarczą. Rząd wydawał pieniądze unijne ot tak, żeby tylko wywołać impuls gospodarczy, dzięki czemu nie mieliśmy w Polsce zbyt głębokiej zapaści. Problem w tym, że środki te wydawano nierozwojowo. Pieniądze tak wielkie, powiększające przecież dług publiczny, powinny być wykorzystywane na cele rozwojowe.

A odejście w expose od zapowiadanego nieoficjalnie obłożenia składkami na ZUS wszystkich umów na rynku pracy? Uregulowania sprawy umów śmieciowych domagała się Solidarność. Czy pan, jako szef rządu, odważyłby się „ozusować” umowy o dzieło i zlecenie? Donald Tusk się nie odważył.

Prawdopodobnie lobby pracodawców mocniej nacisnęło i dlatego pan premier wycofał się z tego pomysłu. Podejrzewam, że liczył na odciągnięcie Piotra Dudy i związkowców od drugiej strony sceny politycznej. Nie udało mu się jednak i wpadł we własne sidła. Ja postąpiłbym inaczej. Dążyłbym raczej do zawarcia na czas kryzysu paktu społecznego z pracodawcami i związkowcami. Można by w nim zapisać, że w tej chwili nie możemy ruszać umów zleconych i o dzieło, ponieważ w ten sposób powiększymy szarą strefę, obciążymy pracodawców, którzy będą mniej skłonni do tworzenia nowych miejsc pracy, oraz młodych ludzi, którzy przez to będą mniej zarabiać. Natomiast w momencie, gdy wzrost gospodarczy przekroczy pewien umówiony pułap, likwidujemy tego typu umowy, by zatrudnienie stało się cywilizowane i zapewniało godność pracownikom.

Czy bierze Pan pod uwagę taką ewentualność, że nagle dochodzi do przesilenia politycznego, rząd PO-PSL upada, a Pan musi błyskawicznie sformować nowy gabinet?

Sytuacja polityczna jest dynamiczna i wszystko jest możliwe.

Czy ma Pan już wybrane kandydatury swoich ministrów?

Cały czas prowadzę rozmowy na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, kontaktuję się z mediami, a za ich pośrednictwem ze społeczeństwem. Po drugie, prowadzę rozmowy z ekspertami z różnych środowisk. Płynie z tych rozmów wiele podtrzymujących mnie na duchu wniosków. Trudno jeszcze mówić o personaliach. Cały czas nad tym pracujemy.

Ale kogoś do swojego gabinetu na pewno już Pan wytypował.

Oczywiście.

Czy te osoby o tym wiedzą?

Myślę o różnych osobach, także tych tworzących zaplecze eksperckie, które być może wejdą najpierw do gabinetu cieni, a potem niewykluczone, że także do realnego gabinetu.

Czy jako przyszły premier bierze Pan pod uwagę współpracę z Jackiem Rostowskim, jako ekspertem od finansów?

Nie, ponieważ Jacek Rostowski jest politykiem, a nie ekspertem. Więc w rządzie technicznym nie widziałbym dla niego miejsca. To byłoby troszkę schizofreniczne.

A politycy PiS? Czy widzi Pan wśród nich dobrych kandydatów na ministrów?

Rząd pozaparlamentarny, jaki chcę utworzyć, może mieć trzy formuły. Pierwsza polega na tym, że wchodzą do niego politycy z partii tworzących większość polityczną. Druga, że większość polityczna deleguje ekspertów do składu gabinetu. Trzecia to rząd autorski, kiedy odpowiednia większość polityczna darzy zaufaniem premiera i on samodzielnie buduje swój ekspercki gabinet. Powstanie takiego rządu jest realne. W sytuacji nierozwiązanych problemów społecznych i nadciągającego kryzysu gospodarczego to prawdopodobny scenariusz.

Czy Zyta Gilowska miałaby szansę wejść w skład Pańskiego gabinetu?

Pani profesor Zyta Gilowska jest wybitnym ekspertem, ale obecnie zasiada w Radzie Polityki Pieniężnej.

Dziękuję za rozmowę.