Jędrzej Bielecki: Jak robi się interesy w Katarze? Można coś obiecać, a potem nie odbierać telefonu?
Leonard Hillary Manickam*: Wiem, do czego pan nawiązuje. Katarski bank QInvest, nie podając żadnych powodów, odmówił zapłacenia w terminie za stocznie w Gdyni i Szczecinie. Właściwie mnie to nie dziwi. W Katarze biznesy prowadzi się w bardzo wąskim gronie inwestorów podczas zamkniętych spotkań w luksusowych hotelach czy pałacach. Dopóki nie zapadną konkretne decyzje, nikt o niczym nie wie. Nawet gdy chodzi o wielkie transakcje. O przejęciu strategicznego pakietu akcji Porsche przez Qatar Investment Authority dowiedzieliśmy się z Frankfurtu, od Niemców. A gdy do transakcji w ogóle nie dochodzi, jak stało się w przypadku polskich stoczni, po prostu nikt się z tego publicznie nie tłumaczy.

Dlaczego?
Katar to bardzo specyficzny kraj. Jego obywatele stanowią mniej niż 1/3 mieszkańców. Reszta to robotnicy przybyli głównie z Azji Południowej na czasowe kontrakty. Można powiedzieć, że nie ma biednych Katarczyków. Dochód narodowy na głowę wynosi 100 tysięcy dolarów. Do 300 tysięcy rodowitych mieszkańców naszego państwa należą złoża naturalne, w tym głównie gaz, wielkie centra finansowe, filie uniwersytetów amerykańskich. Ludzie ci mieszkają za murami pałaców, spotykają się we własnym gronie, nie lubią rozgłosu i z niczego nie muszą się tłumaczyć, chyba że emirowi. Wszyscy są ze sobą blisko związani, często rodzinnymi więzami. To przekłada się także na sposób robienia biznesu. W Zatoce Perskiej jest on zupełnie inny niż w reszcie świata. Przepadło 8 milionów euro wadium? Trudno.

A może w dobie kryzysu, gdy Katar jest jednym z nielicznych krajów, który wciąż ma duży kapitał, liczba ofert jest tak duża, że QInvest może pozwolić sobie na takie zachowanie, bo i tak bez trudu znajdzie zupełnie inne możliwości inwestowania?
Czasy sprzyjają robieniu dobrych interesów przez tych, którzy mają duże pieniądze. A Katar do nich z pewnością należy. Mogą powiedzieć jedno: tylko w ostatnich tygodniach nasz emir, szejk Hamad bin Khalifa Al-Thani, w trakcie kilku podróży - od Francji po Turcję - zawarł kluczowe umowy biznesowe.

czytaj dalej


Dwa tygodnie temu premier Donald Tusk spotkał w prywatnej rezydencji w Nicei szejka Hamada bin Jassima bin Jabora Al-Thanima - premiera Kataru i kuzyna emira, którego syn stoi na czele funduszu QInvest. O czym mogli rozmawiać?
Takie spotkania są potrzebne. W Katarze bardzo liczy się bliższe poznanie partnera biznesowego, z którym chce się rozpocząć wspólne przedsięwzięcie. Premier Tusk zrobił więc bardzo dobrze, wybierając się do Nicei. A przyjęcie go przez katarskiego premiera było znakiem, że jest traktowany jako poważny partner. Lecz zawiódł się, jeśli liczył na to, że pozna konkretne plany Katarczyków. Wątpię, żeby rozmowy wyszły poza klasyczną kurtuazję. Podejrzewam, że polski premier nawet na kilka godzin przed upłynięciem terminu transakcji nie wiedział, jak się to wszystko skończy.

Jak pan podejrzewa, dlaczego w końcu nie doszło do porozumienia?
Myślę, że inwestorzy mogli mieć obawy przed złamaniem reguł islamu. Mogli podejrzewać, że sprawa prywatyzacji stoczni była splamiona korupcją, a nawet praniem brudnych pieniędzy. Proszę zrozumieć: Katar jest bardzo religijnym krajem muzułmańskim. Wszyscy, którzy mają jego obywatelstwo, są głęboko wierzącymi wyznawcami islamu. Podstawą wszystkich przepisów jest prawo szariatu. A wpływy rodziny emira, powiedzmy delikatnie, są bardzo duże. Nikt nie będzie się narażał na zarzut złamania tych zasad.

Czy na decyzję inwestorów mogły mieć wpływ listy Szczecińskiego Stowarzyszenia Obrony Stoczni i Przemysłu Okrętowego, w których przekonywano emira Kataru, że spółka zarządzająca szczecińską stocznią przejęła jej majątek bezprawnie?
To prawdopodobne.

Pierwsza transakacja z katarskimi inwestorami się nie udała. Dlaczego miałaby się udać druga?
Wierzę, że tym razem do porozumienia dojdzie. Z kilku powodów. Przede wszystkim nie lekceważyłbym znaczenia, jakie Polska przywiązuje do inwestorów z Zatoki Perskiej. Katarczycy odczuwają, że w przeciwieństwie do krajów Zachodu w Polsce ludzie darzą ich sympatią. A to się liczy. Drugim powodem są szerokie plany rozwoju eksportu skroplonego gazu. Emir chce, aby Katar pozostał tu absolutnym światowym liderem. W ciągu 5 lat, do 2014 roku, możliwości sprzedaży surowca za granicę mają się niemal podwoić. Lecz by to było możliwe, potrzebujemy specjalnych statków do przewożenia gazu LNG. Na razie kupujemy je od obcych armatorów, przede wszystkim południowokoreańskich, jak Samsug. Katar właśnie nabył pierwszy gazowiec Q-Max, wyposażony w najnowsze, bardzo ograniczające koszty transportu rozwiązania. Ale w przyszłości zapewne będzie chciał mieć własne stocznie do produkcji takich statków. Zakłady w Gdyni i Szczecinie mogą spełniać taką rolę. Jest wreszcie trzeci powód. Dziś w czasie kryzysu wszystko można kupić za bardzo atrakcyjną cenę. I za dwa, trzy lata sprzedać za znacznym zyskiem. Katar, jako jeden z nielicznych krajów, ma dziś na to środki. Tutejsi biznesmeni byliby głupi, gdyby nie rozważali takiej opcji.

czytaj dalej


Qatar Investment Authority to poważny inwestor?
Najpoważniejszy, jaki może być.

Do kogo należy?
Powiedzmy, że do rządu.

Czyli tak naprawdę do emira i jego rodziny?
Powiedzmy, że bezpośrednio nie.

Dlaczego to wiarygodny partner?
Wystarczy spojrzeć, jakich w ostatnim czasie dokonywał transakcji. Stał się strategicznym udziałowcem brytyjskiego banku Barclays, szwajcarskiego banku Credit Suisse i brytyjskiego domu towarowego J. Sainsbury. Ale przede wszystkim, poprzez zakup Porsche, fundusz ten jest dziś trzecim największym inwestorem w koncernie Volkswagen. Polskie stocznie nie byłyby więc wcale w złym towarzystwie. Dla mnie dobrym znakiem jest już to, że Qatar Investment Authority do dziś nie zdementował zapowiedzi polskich władz, że interesuje się stoczniami.

Czy jednak wątpliwości w sprawie złamania reguł islamu znów nie uniemożliwią przeprowadzenie tej transakcji?
Tego nie da się wykluczyć. Z pewnością w tej chwili sprawa jest dokładnie badana. Ale powiedzmy sobie szczerze: transakcja dostaw od 2014 roku dla Polski gazu LNG i sprzedaż stoczni są powiązane. To znak, że państwowy katarski fundusz bardzo poważnie myśli o zakupie obu stoczni. A polski rząd wiele zrobi, aby je sprzedać. Bo przecież dywersyfikacja dostaw gazu dla premiera Tuska jest priorytetem.

Co ostatecznie rozstrzygnie o sukcesie bądź porażce porozumienia?
Katar inwestuje dużo, ale mądrze. Już teraz połowa dochodu narodowego jest generowana z innych źródeł niż eksport gazu i ropy. Umowa z Polską może dobrze wpisać się w te plany. A nawet może być początkiem całej serii inwestycji, które zmierzają do dalszej dywersyfikacji naszej gospodarki. Celem emira jest skoncentrowanie się na ograniczonej liczbie strategicznych koncernów, w których Katar miałby na tyle duży udział, aby móc wpływać na rozwój biznesu. Teraz jednak polską ofertę badają najlepsi światowi eksperci. I na podstawie ich opinii emir i jego najbliżsi współpracownicy o wszystkim zdecydują. Do tego czasu nic nie będziemy wiedzieć. Trzeba czekać.

*Leonard Hillary Manickam, szef działu biznesowego "Gulf Times", największego dziennika anglojęzycznego Kataru