Hołdys wypomina dziennikarzom, że tkwią w prasowym maglu, w którym trwa serial komentowania jednych żurnalistów przez drugich.

Białe rękawiczki zostały zdjęte, elegancja poszła się pieprzyć (to słuszne słowo), padają epitety zniewalające chamstwem, kipiące brakiem respektu dla własnego zawodu. Ludzie o znanych nazwiskach nagle zapragnęli odebrać szacunek innym, tracąc przy okazji własny - pisze Hołdys w "Newsweeku".

Reklama

I te znane nazwiska w felietonie byłego lidera "Perfectu" padają. Zbigniew Hołdys podaje konkretne przykłady.

Dominika Wielowieyska mogła zadzwonić do Tomasza Lisa i powiedzieć mu: uważaj na Hołownię, a nie rozgłaszać paszkwilo-donos, z którego musiała się wycofać, choć nie do końca umiała. Monika Olejnik nie musiała pogardliwie twierdzić o Michale Figurskim, że "nigdy niczego nie rozumiał", a Dorota Kania pisać o ojcu Moniki Olejnik jako esbeku w tekście na inny temat. Terlikowski nie powinien pisać, że Lis chce dzieci wrzucać do komory gazowej, Lis nie powinien przekręcać nazwy dziennika na "Gazeta Paranoiczna Codziennie", a Wojewódzki twierdzić, że Olejnik łazi szukać butów, zamiast chodzić do teatru, bo to jest cholernie słabe - wylicza Hołdys.

Zdaniem felietonisty nie ma nic gorszego dla dziennikarzy, niż odbieranie sobie wzajemnie szacunku.

Zagryzając się bez pardonu, dziennikarze stają się gwiazdami coraz ciemniejszych nisz. Coraz mniej w nich zawodowej powinności, a coraz więcej wściekłej osobistej piany. Zapominają, że aby być bohaterem informacji, trzeba czegoś więcej, niż napisać o sobie samym - puentuje Hołdys.