Nie takie rzeczy widziałem na wawelskim wzgórzu. Np. 3 maja 1988 r., kiedy specjaliści od zgody narodowej urządzili tam ekstrapałowanie po rocznicowej mszy.
Ale do tego zdążyłem już się przyzwyczaić, takie są wymagania naszej dzisiejszej polityki historycznej. Ucieszę się, jeśli premier ostatecznie pojawi się jednak i w Krakowie, i w Gdańsku. Żeby przynajmniej spróbować obronić powagę tego dnia.
Ofiary nie są piękne, nie są piękni przegrani. A oni nie mają poczucia zwycięstwa, bo akurat oni zwycięstwa nie odnieśli. Ani 4 czerwca 1989 r., ani przez następnych dwadzieścia lat. I dlatego jest im obojętne, czy dym z palonych opon zobaczą tylko widzowie polscy, czy też widzowie z całego świata.
Gwiazda, Walentynowicz, związkowcy ze stoczni będą tego dnia wyrzutem sumienia, ale nie będą żadnym politycznym zagrożeniem, żadną alternatywą, dla nikogo, a już szczególnie dla rządzących. Może nigdy nie było, ale na pewno nie ma już dzisiaj. Wiedzą to wszyscy, którzy będą oglądać te obchody – obojętnie, czy głosują na PO, PiS, SLD, PSL, czy zostają w domu. Innej Polski już nie będzie, będzie tylko ta, w której to my odnieśliśmy sukces. Więc Gwiazdowie, Walentynowicz, dawni radykałowie będą tylko wyrzutem sumienia, który musimy nauczyć się znosić. A że swoją gorycz wyrażą akurat 4 czerwca? Jak już mówiłem, nie wierzę w święta narodowej zgody. Nigdy takich w Polsce nie widziałem, a żyję już dosyć długo i to w co najmniej dwóch ustrojach.