Reszta spokojnie mogłaby być niemal tak jak co dzień, może z trochę większą starannością, ale bez tych trzech dni spędzonych w kuchni oraz w sklepach, które powodują, że przede wszystkim panie domu, ale i reszta z nas jest na święta ledwie żywa. Spróbujmy zachować się jak rozsądni ludzie, a nie jak osoby, które tylko konsumują i w tym odnajdują największą przyjemność.

Nie mam zamiaru zastępować Kościoła i potępiać skłonności konsumpcyjnych. Nasza cywilizacja jest już tak skonstruowana, że dążenie do przyjemności stanowi jej podstawę, ale czy na pewno świąteczne obżarstwo należy do przyjemności, a zwłaszcza do przyjemności wyższych? I czy nie lepiej w miarę wypoczęci poświęcić czas rodzinie zamiast lokalnemu hipermarketowi oraz kuchni? Wiem, że pewnych obyczajów zwalczyć się nie da, a jedzenie jest objawem radości od tysiącleci, jednak coraz więcej wiemy na temat tego, że jedzenie wcale nie zawsze dobrze nam robi.

Naturalnie przeciwne zdanie prezentują programy telewizyjne, które obżarstwu różnego, zwyczajnego i wykwintnego, rodzaju poświęcają coraz więc miejsca, a nawet mamy już całe kanały kuchenne. Naturalnie przeciwnego zdania są pisma kolorowe, które drukują niezliczone przepisy i zachęcają nas do produkowania jedzenia wedle tych receptur. Czasami ma się wrażenie, że człowiek żyje tylko jedzeniem, że w ramach naturalnego poszukiwania przyjemności jest tylko żarcie. Jednak jedzenie nie tylko jest wątpliwą przyjemnością (oczywiście czasem jest), ale także stanowi formę ucieczki, zapomnienia o dolegliwościach i cierpieniach. W kulturze, która dąży przede wszystkim do realizacji przyjemności (w kulturze utylitarnej), jak się okazuje (pisał o tym znakomicie Zygmunt Freud), znacznie więcej czasu poświęcamy na unikanie przykrości niż na rzeczywiste przyjemności.

Bo przecież żeby mieć przyjemność, należy najpierw uniknąć cierpienia, które jest nieodłącznie związane z naszym losem. Jedzenie i picie stanowią formę ucieczki od cierpienia, ale tylko na moment. Z tego, że zjemy na święta za dużo, nie wyniknie, że znikną nasze długi, kłopoty z dziećmi i choroby. Tylko na moment o tym zapomnimy. Być może ten moment jest nam potrzebny dla odrobiny wytchnienia, ale nie łudźmy się – to tylko moment.

Dodajmy do tego, że, jak wszyscy wiemy, Święta Wielkanocne to najważniejszy dzień w roku liturgicznym. Czy ten najważniejszy dzień doprawdy ma odznaczać się przede wszystkim nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, czyli grzechem? Nie jestem malkontentem, sam lubię przyjemności, ale doskonale pamiętam, jak szybko zapominam przyjemności kulinarne.

Problem w tym, że są to przyjemności najbardziej demokratyczne. Nie każdego stać na wspaniały wyjazd czy na luksusowe stroje, ale niemal każdego w Polsce stać na minimalny chociaż luksus kulinarny. Z tego zaś wynika, że w istotnym sensie, objadając się w trakcie świąt, raczej się poniżamy, niż wywyższamy, że sięgamy po przyjemności niższe, a nie po przyjemności wyższe. Może nie zawsze musimy się doskonalić i nie zawsze możemy dobrowolnie starać się unikać czynienia rzeczy o charakterze błahym i niegodnym pamiętania, ale w tym przypadku możemy.

Wystarczy się zawziąć, nie dopuścić do siebie ataków świata zewnętrznego, wytłumaczyć najbliższym, że tak wiele jest innych możliwości spędzenia czasu, że nie musimy słuchać niekończących się rad, które służą temu, byśmy mieli o czym rozmawiać. Rozmawiać o jedzeniu? Rozmawiać o jedzeniu, kiedy tyle jest tematów nieporównanie bardziej pasjonujących (z wyjątkiem polityki)? Spróbujmy zmienić powoli nasze obyczaje, spróbujmy znaleźć inne przyjemności niż jedzenie i picie. Wiem, że łatwo to powiedzieć, a trudniej wykonać, ale postarać się warto.