Piotr Gliński nie ma szczęścia do wywiadów. Nie tylko dlatego, że sam za mediami nie przepada. Daleko mu do rasowego polityka krasomówcy o skórze nosorożca, zbyt łatwo wyprowadzić go z równowagi. Poza tym nie lubi nośnych porównań, nie posługuje się „setkami”, a do tego bywa pryncypialny, zwłaszcza gdy mu się przerywa.
Wywiad dla TVP, którego rok temu udzielił Karolinie Lewickiej, skończył się aferą, ostatnie wystąpienie w „Wiadomościach”, kiedy powiedział wprost, co sądzi o telewizji publicznej w erze dobrej zmiany, też trudno zaliczyć do udanych. Co ciekawe, obie rozmowy spina klamra oskarżeń o propagandę, choć odbyły się w TVP pod zupełnie innymi ekipami.
broni wicepremiera jeden z jego przyjaciół. To fakt. Atak na TVP był sprowokowany. „Wiadomości” od kilku tygodni realizowały nagonkę na organizacje pozarządowe, próbując sugerować, że konkretne fundacje dostawały publiczne pieniądze dzięki rodzinno-politycznym koneksjom. Oberwało się organizacjom córek prezesa Trybunału Konstytucyjnego i Bronisława Komorowskiego. Wicepremier jest zaś uznawany za jednego z najważniejszych w Polsce badaczy tego sektora. Ma tam do dziś wielu przyjaciół. Po serii kuriozalnych materiałów zwołał konferencję i publicznie za tę nagonkę przeprosił. Jeszcze wtedy nazwa „Wiadomości” nie padła. Trzy dni później Gliński zdecydował się przyjść do studia, nie wiedząc, że trafia do paszczy lwa. Wywiad poprzedzono emisją materiału, w którym wyciągnięto, że rządzone przez Glińskiego Ministerstwo Kultury przekazało dotację w wysokości 50 tys. zł dla Fundacji Stocznia. Jej dyrektorką jest Zofia Komorowska, a członkiem rady Renata Koźlicka-Glińska, jego żona.
denerwował się na wizji wicepremier. Tłumaczył, że żona jest delegowana do rady Fundacji Stocznia z ramienia sponsora i nie pobiera za to żadnego wynagrodzenia mówił i próbował tłumaczyć, na czym polegają prawdziwe problemy trzeciego sektora. W PiS słowa Glińskiego wzbudziły konsternację, bo do tej pory żaden z polityków partii Jarosława Kaczyńskiego nie odważył się tak ostro skrytykować przerysowanej, prorządowej narracji w TVP i jej flagowym programie informacyjnym. Po przeciwnej stronie politycznej barykady wywiad zapewnił mu jednak poklask i uznanie dawnych znajomych. mówi Wojciech Kłosowski, ekspert od samorządu lokalnego i przyjaciel sprzed lat, który wraz z wicepremierem zakładał Partię Zielonych.
W podobnym tonie występ ministra komentuje większość jego starych znajomych. Obraz wicepremiera rządu PiS, jaki wyłania się z ich opowieści, zupełnie odbiega od wizerunku, jaki Piotr Gliński stworzył przez ostatnie lata.
Naukowiec z hipisami
Polityka ciągnęła go od dawna. Po raz pierwszy do parlamentu startował z list Unii Wolności. Mandatu nie zdobył, choć w partii pozostał do 2000 r. Zdarzało się jednak, że na polityków formacji narzekał. mówił Gliński w wywiadzie dla miesięcznika „Dzikie Życie”. I dodawał:
Dziś niewielu dawnych polityków UW aktywność Glińskiego w tej partii pamięta. mówi tylko Jan Lityński, więcej nie potrafią dodać ani Małgorzata Kidawa-Błońska, ani Henryk Wujec. mówi Wujec.
Dużo lepiej dzisiejszego ministra pamiętają za to działacze ruchów ekologicznych. Pomagał tworzyć Partię Zielonych, ale w ostatniej chwili przed oficjalnym startem zrezygnował. Dla Glińskiego problemem było poparcie zielonych dla liberalizacji aborcji i związków partnerskich. wspominał sam Gliński. Przyznawał jednak, że wciąż ma kontakty w tej społeczności i z rozrzewnieniem wspominał czasy, w których „profesorowie z punkowcami potrafili razem rozwiązywać różne kwestie” .
Co ciekawe, dyskusje ponad podziałami toczyły się także w jego warszawskim domu na Saskiej Kępie, który rozbudował wraz z ojcem, architektem, pod koniec lat 70.
mówi Kłosowski, który we wczesnych latach 80. tworzył Federację Zielonych, a w domu Glińskiego był częstym gościem.
ocenia Kłosowski. Ze środowiskiem zielonych Glińskiego łączyły nie tylko poglądy dotyczące ochrony środowiska, ale i... dieta, bo przez lata był wegetarianinem. Brał też aktywny udział w protestach, choćby na placu Zamkowym i pod Sejmem, razem z obrońcami Puszczy Białowieskiej czy w czasie akcji przeciwko budowie nowej tamy na Wiśle. – mówi nam Kłosowski.
Kaskader
Socjolog i ekonomista z wykształcenia, od końca lat 70. związany był z Instytutem Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Tutaj w połowie lat 80. obronił doktorat na podstawie pracy „Ekonomiczne uwarunkowania stylu życia. Rodziny miejskie w Polsce w latach 70.”. Cenzura nie pozwoliła go jednak opublikować.
Swoje obserwacje na temat ruchów ekologicznych zawarł w książce „Polscy Zieloni”, docenionej nie tylko przez ekologów, ale też macierzyste środowisko. W 1996 r. dostał za nią Nagrodę im. Stanisława Ossowskiego.
Sukcesy naukowe otworzyły mu drogę do kariery na Zachodzie. wspomina Kłosowski. Ich kontakty rozluźniły się, gdy Gliński został kierownikiem Zakładu Socjologii na Uniwersytecie w Białymstoku.
mówi jeden z jego współpracowników z Białegostoku. Jego studenci przyznają, że otaczał go profesorski nimb. dodaje nasz rozmówca.
Gliński był wychowankiem legendy polskiej socjologii prof. Andrzeja Sicińskiego. To on podsunął ambitnemu doktorantowi propozycję zajęcia się społeczeństwem obywatelskim. – mówi o nim Piotr Łukasiewicz, jego przyjaciel z zakładu prof. Sicińskiego. Z Glińskim przyjaźnili się przez lata, ale drogi się rozeszły. dodaje. Co ciekawe, Łukasiewicz podobnie jak Gliński przesiadł się z PAN do rządu, ale ponad dwie dekady temu, zanim zrobił to jego przyjaciel. Łukasiewicz pełnił bowiem obowiązki kierownika Ministerstwa Kultury i Sztuki już w rządzie Hanny Suchockiej.
Razem jeździli na narty i żeglowali. Gliński jest bardzo aktywny sportowo i lubił adrenalinę – trenował dżudo (ma ponoć nawet czarny pas), swego czasu pracował jako filmowy kaskader, biegał maratony, uprawiał wspinaczkę wysokogórską, a na początku lat 80. pojechał w Himalaje. Gdy wrócił, zaczął działać w zespole interwencji i mediacji mazowieckiej Solidarności. W jego domu dzielono pieniądze, które przychodziły z Zachodu, na podziemną literaturę i prasę.
Najsłynniejsza anegdota z tamtych czasów? Łukasiewicz opowiada historię z okresu stanu wojennego, kiedy to komisarzem PAN był gen. Rudolf Dzipanow. dodaje.
Ironią losu można nazwać to, że po wielu latach to Glińskiemu przyszło się mierzyć z buczeniem i gwiazdami, kiedy stawał przed środowiskiem artystycznym i publicznością już jako szef resortu kultury.
Premier z tabletu
Zanim profesor trafił na ministerialny stołek w rządzie PiS, musiał się dla partii sporo napracować. Drogę na polityczne salony otworzył mu Jarosław Kaczyński, ale bynajmniej nie była ona usłana różami.
Prezesa PiS Gliński poznał przypadkiem w 2008 r. w Belwederze na konferencji naukowej u prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gliński był wtedy świeżo upieczonym profesorem i przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Zwyczajnie pomylił Jarosława z Lechem. Kaczyńskiemu stateczny naukowiec o posiwiałej skroni przypadł do gustu, bo okazało się, że wiele ich łączy. Obaj wywodzili się z domów warszawskiej inteligencji, gdzie żywa była powstańcza legenda. Marta Alicja Glińska, ranna w powstaniu warszawskim, przeszła szlak bojowy z Woli na Stare Miasto, by na początku września wyjść z Warszawy z cywilami. Jadwiga Kaczyńska podobnie jak matka profesora była sanitariuszką. W PiS-ie wielu polityków zazdrościło Glińskiemu, że jest z prezesem PiS po imieniu. Nie wszystkich spotkał ten zaszczyt.
Gdy wiosną 2012 r. w PiS pojawił się pomysł złożenia konstruktywnego wotum nieufności wobec rządu PO-PSL, nazwisko Glińskiego nie było pierwszym, jakie padło w kontekście stanowiska technicznego premiera. Propozycję odrzuciła wcześniej m.in. Zyta Gilowska i prezes PAN Michał Kleiber.
7 marca 2013 r. Gliński po raz pierwszy przemówił z sejmowej mównicy. Nie osobiście, ale z tabletu Jarosława Kaczyńskiego. Z wotum nieufności nic wtedy nie wyszło, Gliński stał się obiektem kpin polityków.
– słyszymy od jednego z przyjaciół Glińskiego. W roli technicznego premiera, wyciąganego przez PiS, kiedy było to dla partii wygodne, profesor występował przez najbliższe trzy lata. Wtedy nabierał grubej skóry i uczył się funkcjonowania w świecie brutalnej polityki. Joanna Kluzik-Rostkowska wspomina, jak w czasie wspólnego panelu zwróciła mu uwagę, że widzi świat w zbyt ciemnych barwach. wspomina była minister edukacji w rządzie PO.
Pornoskandal i inne wpadki
Moment, w którym Gliński zaistniał w przestrzeni publicznej jako „premier z tabletu”, był katalizatorem wielu zmian. Polityczna wolta zraziła do niego dużą część naukowego środowiska, które wcześniej ceniło jego dorobek.
mówi prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog. Dodaje, że Gliński jako naukowiec nie jest oczywiście takim „marcowym docentem”. Powinien czuć się spełniony, szefowanie Polskiemu Towarzystwu Socjologicznemu to dla każdego socjologa znakomite zwieńczenie kariery, a Gliński przewodniczącym PTS był dwukrotnie. dodaje.
Gdy profesor Gliński wszedł do polityki, wziął bezpłatny urlop w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Od września tego roku wziął też urlop w swoim podstawowym miejscu pracy naukowej na Uniwersytecie w Białymstoku. mówi jeden z białostockich współpracowników profesora.
Wraz z objęciem rządów przez PiS pozycja Glińskiego wcale nie uległa poprawie. Owszem, dostał fotel wicepremiera, ale mierzył wyżej, mówiło się o nim w kontekście obecnej pozycji Beaty Szydło. O tekę ministra kultury też nie zabiegał. Wicepremier jest dziś postrzegany jako singiel bez wagi politycznej, którego pozycja zależy tylko i wyłącznie od Jarosława Kaczyńskiego.
W środowisku artystycznym, które mu obecnie podlega, nowy minister budzi różne emocje.
Cieniem na jego dotychczasowej aktywności kładą się afery, jak ta z początku pracy w resorcie, kiedy to Gliński dał się wciągnąć w pornoskandal Teatru Polskiego kierowanego przez Krzysztofa Mieszkowskiego, posła Nowoczesnej. Reagując publicznie na doniesienia o kontrowersyjnej rzekomo treści przedstawienia, Gliński wyszedł na pieniacza i cenzora. Środowisko zdążył zrazić później jeszcze parę razy. Choćby lekceważącą w swej wymowie odpowiedzią na list pisarzy protestujących przeciwko odwołaniu Grzegorza Gaudena, prezesa Instytutu Książki. Pod protestem podpisali się najwięksi literaci w Polsce, m.in. Wiesław Myśliwski, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Hanna Krall, Jerzy Pilch, Olga Tokarczuk i Janusz Głowacki.
Ale gdy jedni zarzucają mu przejmowanie kolejnych instytucji, krytykują za połączenie Muzeum II Wojny Światowej z Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 r. czy zapowiedź połączenia Narodowego Instytutu Audiowizualnego i Filmoteki Narodowej, co powszechnie interpretuje się jako próbę zmiany dotychczasowych statutów i kierownictwa, to w PiS minister spotyka się ze zgoła odwrotną reakcją. mówi nam jeden z posłów rządzącej partii.
Owszem, zwolniono choćby kierującego NCK przez dziewięć lat Krzysztofa Dudka, a na fotel dyrektora powrócił Marek Mutor, pierwszy szef tej placówki, powołanej do życia za rządów koalicji PiS, LPR i Samoobrony, na listy ekspertów PiSF weszli też prawicowi publicyści. Ale dla części środowiska PiS-u to zdecydowanie za mało. Niedawno dał temu wyraz publicznie Jacek Kurski, prezes TVP.mówił prezes TVP na Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, organizowanym w Gdańsku przez Stowarzyszenie Scena Kultury. Co ciekawe, festiwalowi resort przyznał w tym roku aż 130 tys. zł. I to tę niewielką imprezę, a nie główny Festiwal Filmowy w Gdyni, Gliński zaszczycił swoją obecnością.
mówi jeden z członków ruchu Obywatele dla Kultury. dodaje. Gliński takie próby podejmuje, choćby ogłaszając, że po latach został w końcu zrealizowany główny postulat Paktu dla Kultury, podpisany jeszcze przez rząd Donalda Tuska, o przeznaczeniu na sektor ponad 1 proc. budżetu.
mówi Maciej Strzembosz, prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych. Przyznaje, że filmowcy są ostrożni w ocenach ministra i nikt ze środowiska specjalnie nie pali do wojny z władzą, bo po pierwsze pamiętają, kto był za powstaniem PISF, a kto przeciw, a po drugie polski film, by wskoczyć do pierwszej ligi w Europie, potrzebuje systemowego wsparcia, a nie wojny, więc mniej jest ważne, że Gliński nie ustrzegł się wpadek np. w mianowaniu ekspertów. dodaje. Strzembosz z Glińskim znają się jeszcze z początków lat 80. i mają wielu wspólnych znajomych, ale producent jest w opisywaniu wicepremiera niezwykle oszczędny:
Boję się Boga i... żony
Prywatnie Gliński jest bratem znanego reżysera Roberta Glińskiego, autora takich obrazów jak „Wszystko, co najważniejsze”, „Cześć Tereska” czy „Kamienie na szaniec”. Glińscy mają też młodszą siostrę Katarzynę, która od 35 lat mieszka w Niemczech. Wspólni znajomi obu braci przyznają, że dziś stoją oni po przeciwnych stronach ideologicznego sporu. Robert Gliński nie chce z nami rozmawiać na temat brata. mówi. Obaj bracia chodzili do warszawskiego liceum im. Bolesława Prusa, razem z późniejszym ministrem w rządzie PO Michałem Bonim. śmieje się Boni. Opowiada, jak razem jeździli na obozy wędrowne w góry i stali po bilety na warszawskie spotkania teatralne, na które czekać trzeba było nawet dwa dni w kolejkach pod kasą. Wspomina też, że Piotr był ostoją licealnego teatru. – mówi.
Razem z młodszą o 20 lat żoną Gliński wychowuje 10-letnią córkę Celinę. śmieje się Piotr Łukasiewicz.
Renatę Koźlicką-Glińską, 41-letnią dziś absolwentkę socjologii, Gliński poznał niemal 15 lat temu, kiedy kierował w PAN konwersatorium na temat trzeciego sektora. mówią o niej znajomi ze środowiska organizacji pozarządowych. Od 12 lat jest związana z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności, gdzie jest jednym z dyrektorów programowych. Gliński podkreśla w wywiadach dużą rolę żony w swoim życiu i jej wkład w polityczną karierę. – żartował w wywiadzie dla „Polityki”.
Część obserwatorów sceny politycznej wieszczyło Glińskiemu dymisję po ostatnim wywiadzie, inni wskazywali, że jego wystąpienie jest tylko na rękę Kaczyńskiemu, bo pokazuje pluralizm w partii. On sam plan na emeryturę ma już przygotowany.mówił w jednym z wywiadów. Kupili to, żeby było na stare lata, a dwa tygodnie później Jarosław Kaczyński zaproponował mu wejście do polityki. Zgodził się, ale w razie czego ma gdzie wracać.
Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej