Tegoroczne wystąpienie było szczególnie interesujące. Węgierski premier zaprezentował swoją geostrategiczną wizję współczesnego świata. Następnie nakreślił swe zamierzenia, co do przyszłości Węgier. Treść wykładu aż emanuje olbrzymimi ambicjami prelegenta. Inaczej nie można tego nazwać, bo Orbán marzy aby jego malutki, zamieszkany przez 10 mln ludzi kraj, grał w światowej pierwszej lidze. Wpływając na kierunki zmian zachodzących w Unii Europejskiej oraz poza jej granicami.

Reklama

Na co dzień służyć temu ma nieustanne balansowanie między: Brukselą, Niemcami, Rosją, Chinami oraz USA. W dłuższym terminie wywieranie wpływu na kierunki ideowych zmian zachodzących w krajach Unii Europejskiej oraz kreowaniu się na lidera Europy Środkowej. Orbán pragnie zmieniać Europę na swoją modłę. Dlatego Węgry są liderem w głoszeniu haseł anty-emigranckich oraz anty-islamskich. Jest to jednak tylko środek wiodący do ważniejszego celu.

Premier naszych bratanków określa go następująco: istnieje alternatywa dla liberalnej demokracji, a nazywa się ona chrześcijańską demokracją. Dlatego też elitę liberalną można zastąpić elitą chrześcijańsko-demokratyczną. Ma tu na myśli wymianę dużej części elit rządzących od niemal 70 lat w krajach Europy Zachodniej. Rozsądek każe mierzyć siły na zamiary, ale wbrew pozorom Orbán wie co mówi. Po kryzysie emigracyjnym sprzed trzech lat, niemożność poradzenia sobie z dwoma wielkimi lękami mieszkańców Europy: zalewem emigrantów oraz islamem, wywraca do góry nogami scenę polityczną w kolejnych krajach. Dzięki czemu premier Węgier z osamotnionego outsidera zaczyna stawać się ideowym przywódcą.

To jego myśli za swoje przyjęły ugrupowania rządzące w: Polsce, Czechach, Austrii, Włoszech. Ostatnio stał się bohaterem dla bawarskiej CSU. Idee są siłą potrafiąca w dłuższej perspektywie zmieniać świat równie skutecznie, jak wielkie mocarstwa, dysponujące ogromnym potencjałem ekonomicznym i militarnym. Zręcznie posługując się nim malutki, trzecioligowy kraj może rozgrywać pierwszoligowców.

Reklama

Tak walcząc o swoje strategiczne interesy. Z tej perspektywy złożona już w 2011 r. przez Jarosława Kaczyńskiego obietnica: Przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt, brzmi jak zapowiedź, że i Polskę będzie stać na dbanie o własne, strategiczne interesy. Przecież od lat dla naszej prawicy Orbán był wzorcem. Tyle tylko, że za zachwytem dla jego sukcesów, gdy w kolejnych wyborach Fidesz gromił inne ugrupowania, nie szły żadne głębsze spostrzeżenia.

To, co obecny obóz władzy w Polsce przejął od idola to proste triki. Pozwalają one poszerzać zakres prerogatyw władzy wykonawczej, jak np. odesłanie części sędziów węgierskiego Sądu Najwyższego na emerytury. Natomiast spróbujmy sobie wyobrazić, że z kraju nad Wisłą latem wybierze się na wolny uniwersytet w Băile Tuşnad ktoś bardzo, bardzo ważny. Ktoś mogący wywierać wpływ na kierunki polskiej polityki zagranicznej. Może premier, może prezydent, czy choćby sam naczelnik. Po czym wygłosi wykład, jak Orbán.

Ma ku temu prawo. Polskę zamieszkuje ponad trzy razy więcej ludzi niż Węgry, podobnie rzecz się ma z potencjałem ekonomicznym. Poza tym lokalizacja III RP sprawia, iż od strony geostrategicznej jest dla światowej polityki państwem dużo istotniejszym, niż kraj naszych bratanków. Oto więc przywódca z Warszawy staje na mównicy i zaczyna się mierzyć z zagadnieniami ujętymi wcześniej przez premiera Węgier. Orbán od lat na różne sposoby wzmacnia związki Węgrów mieszkających za granicą z ojczyzną. Zwłaszcza tych z krajów ościennych. Przedstawiciel Polski drapie się w głowę. "No mamy Kartę Polaka, a poza tym od kontaktów z Polonią jest Senat". Premier Węgier dostrzegł, że amerykański prezydent: "zamierza przekształcić multilateralny, tzn. opierający się na wielostronnych porozumieniach, układ światowy w system oparty na porozumieniach dwustronnych. W ciągu ostatniego roku przystąpił do realizacji tego zamierzenia i posuwa się naprzód w sposób planowy, z inżynierską dokładnością" - mówi.

Skoro największe z mocarstw tworzy nowy porządek świata Budapeszt cały czas manewruje tak, aby w nim się jak najlepiej odnaleźć. Wykładowca z Warszawy mógłby na to odrzec, iż światu już pokazaliśmy, że nie wolno na nas pluć, używając nowelizacji ustawy o IPN. Zaś gdy ją kolejny raz Sejm znowelizował jest spora szansa, by prezydenta Dudę ugoszczono w Białym Domu. Trump na pewno go polubi, bo Duda to fajny gość.

Orbán nie ukrywa, że stawia na współpracę gospodarczą z Chinami kosztem Rosji, oraz na współprace polityczną z Rosją kosztem Ukrainy. Cóż mógłby odpowiedzieć na taką strategię prelegent z Polski? Chyba tylko tyle, że kilka lat temu politykę wschodnią zawieszono na kołku. Dzięki temu unika się stresujących przeżyć, no a Ukraińcy muszą przeprosić za Wołyń. Promieniujący wielkimi ambicjami premier Węgier, niemal wprost oświadcza, że na różne sposoby wspiera w krajach Europy Zachodniej trendy prowadzące do utraty władzy przez liberalne elity. Robi to z zimnych, pragmatycznych pobudek. Kraje, gdzie taki proces następuje, nagle stają się niezwykle życzliwe dla Budapesztu.

Bliskość ideowa sprzyja politycznym zbliżeniom. Bo Orbán nie chce demontażu Unii Europejskiej. On gigantomańsko marzy aby ją dopasować do potrzeb i celów Węgier. Warszawa też ma swoją strategię wobec UE i Brukseli. Bardzo możliwe, że prelegent z Warszawy ująłby ją w kolejnych okrzykach: "świnie, okupanci, Niemcy, pedały, sędziowie z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości". Dodając na koniec (nim zacznie toczyć pianę z ust): "o jakże my ich nienawidzimy i potrzebujemy".

Taka treść wystąpienia stanowiłaby obrazowe oddanie polskiej strategii, bardzo alternatywnej wobec wysublimowanych poczynań Orbána. Po wyczerpującym wysiłku intelektualnym przedstawiciel Polski, która ponoć nie wyrzekła się: Międzymorza lub Trójmorza, musiałby zmierzyć się z jeszcze jednym wyzwaniem. Nota bene bardzo bolesnym. Wczytując się w wykład premiera Węgier zaczyna się zauważać, iż wszystkim jego działania w dalszej perspektywie zmierzają do jednego punktu. Można go nazwać roboczo - zanegowaniem Trianon.

Po I wojnie światowej, decyzją zwycięskich mocarstw, na mocy układu w Trianon państwo węgierskie straciło dwie trzecie swego terytorium. Nadal ponad 5 mln Węgrów mieszka w ościennych krajach. Za sprawą Orbána już ponad milion z nich przyjęło węgierskie obywatelstwo. W ponad 90 proc. głosują oni na Fidesz. Współczesna Rumunia od stu lat nie wie, co począć z tym naturalnym faktem, że na tej ziemi żyje ponad półtora miliona Węgrów – ogłosił w Băile Tuşnad Orbán. Nie jest przypadkiem, że mówił to, przebywając na terytorium Rumunii. W powietrzu zaś zawisło pytanie, czy w Europie z marzeń Orbána znów zacznie się przesuwanie granic?

Premier Węgier tego nie obiecał, lecz w jego poczynaniach wobec ukraińskiego Zakarpacia oraz Siedmiogrodu wyraźnie widać takie intencje. Polska, która sto lat temu, jedynie dzięki zburzeniu europejskiego stanu równowagi, odzyskał na krótko niepodległość, a potem była przesuwana na mapie decyzją mocarstw, powinna zacząć obawiać się poczynań najbliższego sojusznika. W fundamentalnych kwestiach polityki zagranicznej widać bowiem sprzeczność strategicznych interesów.

Wielkie sukcesy premiera Węgier mogą przynieść poważne osłabienie międzynarodowej pozycji Polski. Premier Palmerston ilekroć zderzał się z taki dylematem lubił mawiać: Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony. Viktor Orbán sprawia wrażenie jego bardzo zdolnego ucznia. Dla Warszawy wspomniany dylemat nie istnieje, a to dzięki temu, że Polska po prostu nie prowadzi polityki zagranicznej, bo widać nie ma żadnych interesów.