Wiele przykrych historii mogłoby o tym opowiedzieć pewne małżeństwo z powiatowego miasteczka na dalekiej północy kraju. Codziennemu pożyciu tej pary ludzi nieustannie kibicował cały miejscowy półświatek, wspólnie z lokalną palestrą oraz obsadą sądu. A wszystko dlatego, że ona była prezesem tegoż sądu, a on prokuratorem. Z tak banalnego powodu: osoby postawione w stan oskarżenia, ich adwokaci oraz wszyscy pracownicy sądu codziennie zadawali sobie jedno pytanie – co słychać u wspomnianych małżonków?

Jeśli spędzili ze sobą sympatyczny wieczór, a co gorsza prokurator kupił pani sędzi różę, surowy wyrok następnego dnia był wręcz murowany. Gdy zaś romantycznemu wieczorowi towarzyszyła upojna noc, wówczas należało Bogu dziękować, że w Polsce nie przywrócono kary śmierci. W takich chwilach oskarżonym pozostawały już tylko próby samookaleczenia, byle tylko nie dać się doprowadzić na salę rozpraw. Bo tam czekała już rozanielona pani sędzia, przed którą dumny prokurator wygłaszał płomienne przemowy. Choćby taką o wstrząsających dla społeczeństwa skutkach kradzieży batonika z supermarketu przez wyjątkowo przebiegłą emerytkę. Pani sędzia zaś odpowiadała słodko: "Masz rację Tygrysku. Dziesięć lat z prawem do przedterminowego zwolnienia po ośmiu, to sprawiedliwa kara dla tej zbrodniarki". Bezsilny adwokat mógł jedynie w milczeniu (głos pani sędzia odebrała mu wcześniej) obgryzać paznokcie i marzyć, by prokurator znalazł sobie wreszcie jakąś kochankę.

Jakże inne nastroje panowały w palestrze i w areszcie, znajdującym się obok budynku sądu, gdy małżonkom trafiły się "ciche dni". W ich tracie prokurator wiedział, że jeśli na sali rozpraw odezwie się choć słowem, wówczas oskarżony od ręki zostanie uniewinniony. Zresztą kiedy siedział cicho, ze wzrokiem wbitym w podłogę, również zapadał taki wyrok, tylko trochę później. Nic dziwnego, że miejscowa adwokatura rozsiewała plotki szkalujące męża w oczach żony, a półświatek przestępczy marzył o doprowadzeniu do ich rozwodu. Żeby następnie wyswatać panią sędzię z gotowym na każde poświecenie mecenasem, pracującym dla lokalnej mafii. Wszyscy natomiast z przerażeniem patrzyli na dorastające potomstwo małżonków. Nie bez podstaw podejrzewając, że kończące studia prawnicze dzieci, zaraz po aplikacji znajdą zatrudnienie w miejscowym sądzie i prokuraturze. Po czym młody przychówek zacznie się tam koligacić i rozmnażać z dziećmi innych prawników, a wówczas … Ale są opowieści, których ciągu dalszego już lepiej sobie nie wyobrażać.

Historyjka z anonimowego miasteczka powiatowego na północy nie ma oczywiście absolutnie nic wspólnego z medialnymi doniesieniami z Wadowic. Ostatnio przypadkiem zauważono tam, że jeśli wiceprezes miejscowego sądu orzeka w jakieś sprawie, to nieco kłopotliwe bywa, gdy akt oskarżenia wnosi jego żona. Nawet, jeśli pisząc go, a potem występując na sali sądowej, jest w pierwszej kolejności prokuratorem, a nie małżonką. Co więcej oboje nigdy w takich momentach nie mówili do siebie "kochanie". Takowych momentów było ponoć około 140. Dotyczyły one różnych spraw i decyzji. Na dokładkę, jak przyznał w rozmowie z dziennikarzem tvn24.pl anonimowy prokurator – "sytuację komplikuje fakt, że członkiem rodziny sędziego i pani prokurator jest znany w Wadowicach adwokat". Wszyscy tworzyli wspólnie podstawową komórkę społeczną, świetnie czującą się w polskim wymiarze sprawiedliwości. Fakt, że nie robili niczego, by rozdzielić swoją pracę od życia prywatnego najlepiej świadczy, iż uważali taki stan rzeczy z całkowicie naturalny.

Prawdę mówiąc trudno się prawniczej familii z Wadowic dziwić. Przecież odmiana programu "rodzina na swoim", polegająca na tym, że krewni zapewniają sobie nawzajem zajęcie lub etaty w instytucjach utrzymywanych z pieniędzy podatników, to polski standard. W niektórych bywa to tak powszechne, iż trzeba całe zjawisko regulować ustawowo. Tak, jak to zrobiono np. już w 2011 w przypadku szkolnictwa wyższego. Ówczesne przepisy zakazały światkowi akademickiemu, powszechnego wcześniej pozostawania małżonków oraz krewnym w "bezpośredniej podległości służbowej". Pisząc, obowiązujące od sierpnia 2018 r., Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, Jarosław Gowin poszedł nawet dalej. Zabroniono w nim wyższym uczelniom tworzenia "stosunków bezpośredniej podległości" nie tylko między małżonkami, ale też powinowatymi do drugiego stopnia oraz osobami "prowadzącymi wspólne gospodarstwo domowe". Acz wspomnianych przepisów wedle art. 118. ustawy "nie stosuje się do rektorów". To nie czyni zbytniej różnicy, bo wiadomo, że rektor jest jeden na uczelnię i może mieć tylko jedną żonę, a i dzietność wśród rektorów z rzadka wykracza poza standardowe 2+2. Trudno więc mówić o masowym problemie.

Zwłaszcza, że przecież mowa o stałym elemencie polskiej codzienności. Wystarczy wziąć na tapetę koligacje rodzinne osób zatrudnionych w poszczególnych państwowych urzędach i ministerstwach, instytucjach samorządowych oraz spółka z udziałem Skarbu Państwa. Nawet bez pomocy genealoga łatwo wówczas zauważyć, iż największym szczęściem Polski jest to, że nigdy nie przyjął się tu islam. Dopuszcza on bowiem posiadanie czterech legalnych żon, o haremach już nie wspominając. Wyobraźmy sobie choćby taki bank centralny oczywiście islamskiego państwa, którego prezes dał kierownicze etaty swym czterem legalnym małżonkom oraz kilku mniej legalnym hurysom. One zaś nawzajem niespecjalnie się lubią, jednocześnie konkurując o jego względy. To, co by się tam wyczyniało, mogłoby przypominać co najmniej drugi krąg piekła Dantego. Do sprawowania pieczy nad kursami walut lub dbania o odpowiednią wysokość stóp procentowych, nikt nie miałby głowy. Chrześcijańskie fundamenty Polski ratują ją więc przed wyjątkowo niebezpiecznym zagrożeniem. Nie zapobiegają jednak patologiom, jakie niesie ze sobą codzienny nepotyzm, opłacany pieniędzmi podatników. Co gorsza świecczenie społeczeństwa i statystyki rozwodowe nie napawają optymizmem. Bo przecież gdyby zdarzył się dzień, w którym małżonkowie na masową skalę zapomnieli o wzajemnej miłości i skoczyliby sobie w pracy do gardeł, to mógłby być ostatni dzień III RP.