Dziennik Gazeta Prawana logo

Zaremba: Rokita bez polityki nie będzie szczęśliwy

5 listopada 2007, 23:19
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Rola Donalda Tuska w odejściu Jana Rokity z polityki jest niejasna. Formalnie go bronił i próbował doprowadzić do porozumienia między nim a szefami krakowskiej PO okazującymi zasłużonemu politykowi niechęć i lekceważenie. Faktycznie - zdaniem wielu - był zadowolony z kłopotów ostatniego polityka, który wymykał się jego kontroli, choć zapewne nie planował takiego finału - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba.

W roku 2004 Roman Giertych siedział obok Jana Rokity w studiu telewizyjnym. Chcąc być grzecznym, lider LPR zwrócił się do sąsiada. "Co słychać w Rokicie?" - zagadnął.

Giertych się przejęzyczył. Chciał spytać, co słychać w Platformie. Ale była to pomyłka symboliczna. Bo w 2004 roku przewodniczącym PO był tak jak dziś Donald Tusk. Ale to Rokita, brylując w komisji śledczej badającej aferę Rywina, uczynił z liberalnej partii z kilkunastoprocentowym poparciem, silne ugrupowanie skupiające bardzo różnorodnych zwolenników naprawy państwa, można by rzec - ogólnonarodowe. Więc na jakiś czas Platforma i Rokita to było jedno...

Doszło do tego dokładnie w momencie, gdy ambitny polityk zamyślał wycofanie się, a nawet wyjazd z kraju po przegranych wyborach na prezydenta Krakowa. Nie po raz pierwszy zresztą. Myślał o tym już w 2001 roku, gdy jego poprzednia partia Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe wstąpiła - wbrew jego woli - do PO. Za każdym razem jednak się powstrzymywał. Złośliwi twierdzili, że co prawda skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nie umiałby robić nic innego.

Pewnie także by nie chciał. Rokita to przedstawiciel ostatniego pokolenia dawnych opozycjonistów, którzy zaczęli politykować nie w cieplarnianych szkołach liderów, a na antypeerelowskich wiecach i w milicyjnych aresztach. Rocznik 1959, działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, internowania uniknął, uciekając w kobiecym przebraniu, a w drugiej połowie lat 80. zapisał się do pacyfistycznego, anarchizującego ruchu Wolność i Pokój, chociaż nie miał z takimi poglądami nic wspólnego. W 1989 roku wszedł do Sejmu kontraktowego dzięki sympatii Bronisława Geremka. Od tej pory zasiadał we wszystkich kolejnych parlamentach.

Zakładał ROAD, potem Unię Demokratyczną, zwalczał przyspieszenie braci Kaczyńskich i sprzeciwiał się lustracji. A równocześnie jawił się jako przedwcześnie dojrzały krakowski mieszczuch w kapeluszu, kochający silne państwo i głosujący za zakazem aborcji. W latach 1992 - 1993 w rządzie Hanny Suchockiej kierował Urzędem Rady Ministrów. Wchodząc do swego gabinetu, powiedział do przyjaciela: "Olku, to stąd rządzi się państwem". Do dziś przechowuje w warszawskim domu pieczątkę, którą przystawiał na urzędowych papierach w zastępstwie pani premier.

Te jego rządy zza pleców kobiety trwały niecały rok i nigdy się nie powtórzyły. Nie zdołał przekształcić Unii Wolności w partię mieszczańską i porzucił ją, tworząc SKL. W AWS odgrywał dużą rolę tylko w parlamencie, będąc współtwórcą reformy administracyjnej. Marian Krzaklewski nie chciał go widzieć w rządzie, obawiając się jego ambicji. W 2001 roku, początkowo wbrew własnej woli, znalazł się w Platformie Obywatelskiej. Do rywinowskiej komisji śledczej trafił w dwa lata później trochę przypadkiem. Wyzyskał obecność w niej maksymalnie.

Jego przesłuchania Adama Michnika czy Włodzimierza Czarzastego, pełne dramatycznych pytań i efektownych spięć ze świadkami, stały sie wielkimi teatralnymi spektaklami. To zapewniło mu pozycje numeru dwa w PO. W latach 2001 2005 kierował klubem parlamentarnym i był typowany na premiera po ewentualnym zwycięstwie Platformy w wyborach parlamentarnych.

Potem nastąpiło załamanie. Wielu obserwatorów główną przyczynę kłopotów Rokity upatruje w jego niełatwym charakterze. Jedynak, wychowany wśród samych kobiet (matka i cztery ciotki), słynął z niego od początku swojej kariery. Jako szef URM-u Suchockiej był niecierpiany i przez opozycję, i przez kolegów nawet z własnej partii jako nonszalancki arogant trzymający przynajmniej jedną rękę w kieszeni. W Unii Wolności przyprawiał profesora Geremka o palpitację serca swoimi niefrasobliwymi zniknięciami. Bracia Kaczyńscy uznali go już przed laty za człowieka źle wychowanego.

W swojej ostatniej partii jako szef klubu zraził do siebie wielu posłów bezceremonialnym strofowaniem, niezauważaniem ludzi i brakiem wyrozumiałości wobec ludzkiej głupoty. Z drugiej strony jako błyskotliwy solista stał się szybko główną twarzą PO w mediach, a jako rzetelny krakowski państwowiec szykował się metodycznie do rządzenia państwem, gdy inni uprawiali partyjną politykę. Jego stosunki z Tuskiem były dziwną mieszaniną przyjaźni i rywalizacji przy czym przyjaźni pozostawało coraz mniej, a rywalizacji pojawiało się coraz więcej. Choć był typowany na premiera, to jeszcze przed wyborami w 2005 r. pojawiły się pogłoski, że nie dostanie tego stanowiska, bo ma w partii zbyt wielu wrogów.

Tusk i Rokita potrafili godzinami gawędzić o historii, sącząc koniak i whisky. Ale potrafili też nie rozmawiać ze sobą po wiele tygodni obrażeni jak stare małżeństwo. Dziś zwolennicy Donalda Tuska kolportują wizerunek Rokity jako człowieka niezdyscyplinowanego, wiecznie się spóźniającego i nieaktywnego. Ale przecież po 2005 roku grano z nim w kotka i myszkę, nie powierzając mu żadnych stanowisk, zawierając kolejne porozumienia i szybko je zrywając. Sam Rokita nie za bardzo umiał walczyć o swoje. Stracił większość swoich sojuszników i mocną pozycję w swoim rzadko odwiedzanym mateczniku Krakowie. W 2006 roku podczas wyborów samorządowych w grodzie Kraka poparł kandydata PiS Ryszarda Terleckiego, co stało się powodem ataków na niego i w centrali, i w rodzinnym mieście, gdzie młodzi działacze, zwolennicy lokalnych układów z lewicą, żądali nawet usunięcia go z partii.

Okazał się zarazem mało elastyczny i kompletnie bezbronny wobec często małostkowych szykan, jakich nie szczędzili mu współpracownicy Tuska na czele z sekretarzem generalnym PO Grzegorzem Schetyną. Za czysto personalnymi rozgrywkami Jana Rokity z innymi politykami Platformy kryły się też różnice programowe. Jako człowiek, który przejął jeszcze w latach 90. wiele poglądów antykomunistycznej prawicy, był nielubiany przez tych, którzy nie wykluczali porozumienia z lewicą. Jako rygorystyczny zwolennik naprawy państwa, ograniczania przywilejów władzy i walki z korupcją ścierał się często z bezrefleksyjnymi rzecznikami powrotu do III RP. Przypisywano mu zamiar zerwania z PO i tworzenia oddzielnej formacji z Kazimierzem Marcinkiewiczem, ale nawet jeśli o tym przemyśliwał, zabrakło przed przedterminowymi wyborami czasu. Był wiele razy kokietowany przez obóz braci Kaczyńskich, ale nie zaniechał ich krytykowania nawet w czasach największych zadrażnień z Tuskiem.

Źródłem oddzielnych kłopotów stała się dla niego żona. Nelly, Niemka z Kirgistanu, poznała go, będąc stypendystką odwiedzającą Kraków w czasach komunistycznych. Ich romantyczne uczucie zostało przerwane jej wyjazdem i zakazem wjazdu do Polski. Poślubił ją dopiero w 1993 roku. Tworzyli małżeństwo barwne i partnerskie. Temperament Nelly, skłonnej do gwałtownych, publicznych wypowiedzi wymierzonych na przykład w innych liderów PO, przysparzał mu nieraz kłopotów. Gdy kandydował w 2005 roku kreowany na premiera z Krakowa, ludzie Tuska wskazywali niewyparzony język żony jako na jedną z przyczyn, dla których nie powinien być szefem rządu.

Rola Donalda Tuska w odejściu Jana Rokity z polityki jest niejasna. Formalnie go bronił i próbował doprowadzić do porozumienia między nim a szefami krakowskiej PO okazującymi zasłużonemu politykowi niechęć i lekceważenie. Faktycznie zdaniem wielu był zadowolony z kłopotów ostatniego polityka, który wymykał się jego kontroli, choć zapewne nie planował takiego finału. Ostatnio Rokita zastanawiał się nad różnymi formami własnej aktywności, na przykład nad uprawianiem politycznej publicystyki. Jako człowiek rozmiłowany w sztuce i w książkach, choć nie uznający komórki i komputera, z pewnością nie będzie się nudził. Zasiądzie nad zaległymi lekturami w swoim warszawskim domku na Saskiej Kępie, w którym zaaferowany politycznymi burzami potrafił przez cały rok nie sprzątać bożonarodzeniowej choinki. Ale czy znajdzie szczęście? można wątpić. Może więc wróci?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj