Dla niebieskiego do zakochania w pomarańczowych jeden krok, a przemówienie traktuje o przepaści, Wielka konwencja niebieskich, gdzie w centrum postawiono dwóch byłych pomarańczowych,
poprzedziła kalejdoskopowe zmiany na scenie politycznej. I tak, nowe pierwsze miejsce w bydgoskim przekonane jest, że jeśli nie odsuniemy od władzy niebieskich, Polska podąży w stronę
autorytaryzmu, jedyna nadzieja w pomarańczowych. Pierwsze miejsce w gdańskim też poszło do pomarańczowych, choć właściwie nie narzeka na niebieskich. Niby odwrotnie, ale podobnie.
Za to pierwsze miejsce w toruńskim narzeka bardzo, bo kojarzy działania niebieskich z tym, jak kiedyś werbowali agentów krwistoczerwoni. W tym samym czasie najbardziej niebieski z pomarańczowych
ratuje swoje barwne małżeństwo, odchodząc z polityki, bo ekscentryczna żona podjęła współpracę z niebieskimi w imię spraw kobiet, tak drogich niebieskim.
Bomby i lokomotywy spadły także na Śląsk. Oto znany twórca "Soli ziemi czarnej" mógł pójść z wyblakłoczerwonymi, ale wolał pomarańczowych, oczywiście z obawy przed
destrukcyjną furią niebieskich. Jest jeszcze szansa na remis, bo wieść niesie, że pewien mało znany senator z pomarańczowych wystartuje jednak z wyblakłoczerwonymi. A to przecież dopiero
pierwsze dni i wszystko jeszcze możliwe. Wszystko - oczywiście w obrębie tego samego jarmarku.
Z jednej strony zarzuty najcięższego kalibru, podziały opisywane jako fundamentalne, czarno-białe, a z drugiej - wielka migracja we wszystkie strony. Wschód kontra Zachód. Dobro naprzeciw Złu.
Autorytaryzm versus Demokracja. Policjanci i Złodzieje. Ale gdyby ktoś ze strony Ciemności zainteresowany był przejściem na stronę Światła, to zamiast worka pokutnego dostanie jedynkę, zaś
każdy złodziej może być policjantem, jeśli tylko ma odpowiednie osiągnięcia i wystarczająco znane nazwisko.
Najzabawniejsi w tym wszystkim wcale nie są oni, ale publiczność, w tym przede wszystkim komentatorzy. I jest jak u Gogola - śmiejemy się z siebie. To my przecież tak śledzimy życie
polityczne, że nie dostrzegamy tego politycznego paradoksu. Niby wiemy, że oni się nie różnią od siebie, a jednak zachowujemy się tak, jakby się różnili. Duża część publicystów
naprawdę wierzy w to, że stawka jest ogromna, a różnice radykalne. Wierzy albo chciałaby wierzyć. Jak wiadomo, gdyby papież stracił wiarę, straciłby też niezłą posadę. Zresztą, co
mielibyśmy niby zrobić z tą wiedzą, że wybór jest pozorny, a cała klasa polityczna do luftu? Że nie da się rozwiązać społeczeństwa wiemy, ale przecież nie sposób nawet rozpędzić tych
kilkuset marnych tancerzy z gwiazdami. Jest na szczęście parę metod, aby pomóc sobie tkwić w iluzji realnych różnic w polityce. Przede wszystkim historia. Choć coraz dalsza, ciągle odgrywa
pewną rolę i ważne jest, czy ktoś był z tej, czy z drugiej strony barykady. Można byłoby powiedzieć, że znaczenie ma, jak istniejące partie odnajdują się na osi wygrani - przegrani
transformacji. Jest to ciągle główny podział społeczny i gdyby scena polityczna odwzorowywała go, bez wątpienia polityka miałaby w Polsce więcej sensu. Tymczasem zamiast reprezentowania
pokrzywdzonych pasożytuje się na nich, uwodzi się ich i oszukuje.
Wielu miało nadzieję, że jak dojdą do władzy niebiescy i zmienią numer Rzeczypospolitej, to wreszcie wykluczeni z polskich przemian zostaną upodmiotowieni i znajdą godną reprezentację
swoich interesów. Dostali parę pustych gestów, prymitywny seans nienawiści i pomarańczowego ministra finansów. Jak zawsze. O ironio, i tak okazuje się, że nawet pasożytnicza symbioza z
elektoratem socjalnym jest lepsza niż zupełny brak zainteresowania, jaki przejawiają pozostałe partie. I mniej irytująca niż ple, ple na temat europejskich standardów albo spokoju i
łączenia, którymi opozycja sądzi, że podbije serca Polaków. I niebiescy zapewne znów wygrają wybory. I znów na darmo.
Niestety współczesna demokracja liberalna podąża w samobójczym kierunku i dzieje się tak nie tylko w Polsce. Wolny rynek połyka kolejne formacje i wypluwa ich atrapy. Zamiast lewicy mamy
technokratów "trzeciej drogi" (w najlepszym wypadku, bo mogą być też zwykli durnie), zamiast prawicy rozmaitych populistów. Tam, gdzie znika różnica z polityki, znika
możliwość reprezentacji sprzecznych interesów i zanika demokracja. Zamiast realnego pluralizmu pojawia się pluralizm jedynie nominalny. I podziały jedynie estetyczne. Na razie globalizacja
odbiera podmiotowość kolejnym aktorom życia publicznego i polityce jako takiej. Tam gdzie nie sposób naprawdę spierać się o politykę gospodarczą, nie sposób reprezentować dolnych części
coraz bardziej rozwarstwiającego się społeczeństwa. Życie polskiej klasy politycznej potrwa dokładnie tyle, ile kredytu zaufania Polaków wystarczy dla populistów takich jak PiS. To ostatni
wentyl bezpieczeństwa. Później cała pójdzie w odstawkę.