zobacz, dlaczego "Solidarność" ma pretensje do rządu i protestuje >>>>

Reklama

Iwona Dudzik: Po ostatnich wypowiedziach przedstawicieli rządu można mieć schizofrenię. Minister pracy mówi, że dzisiejsza manifestacja „Solidarności” to wyraz poparcia dla rządu. Z kolei minister zdrowia jest zaskoczona, że pielęgniarki wychodzą na ulicę, skoro od niej wyszły uśmiechnięte. A związkowcy mówią, że rząd kłamie. O co tu chodzi?
Michał Boni*: Nikt nie uważa, że jest dobrze. Ale też Polska nie stoi nad przepaścią. Naprawdę nie ma dziś konfliktu związki zawodowe – rząd ani żadnego poważnego konfliktu społecznego. Pamiętam wielkie demonstracje, gdy budowały się zręby polskiej demokracji, a ludzie tracili pracę.

Dziś jest tak, że nie możemy znaleźć rąk do pracy. Płace rosną w niesłychanym tempie, to o co pretensje do rządu? Dziś osiągnęliśmy w rozmowach z nauczycielami wręcz kopernikański przełom, bo nie było jeszcze tak, że w trzech kolejnych latach płace będą rosły o 10 proc. co roku, czyli w skali 30 proc. do 2010 r. (licząc podwyżkę od 1 stycznia 2008). Dziś premier zobowiązał się do tego wobec partnerów społecznych. Poza tym odrzucam ten sposób retoryki, w którym nieustannie się mówi, że ktoś oszukuje. Trzymajmy się faktów: w tym roku bezrobocie mamy najniższe od 18 lat.

Wzrost wynagrodzeń o 11,6 proc. Mamy wspólne z pracodawcami i związkami zawodowymi ustalenia dotyczące wzrostu płacy minimalnej w przyszłym roku, i to o 13 proc., czyli o wiele więcej niż przewidywana inflacja. Mieliśmy w tym roku znaczącą waloryzację emerytur i rent. Gdzie więc naprawdę poważne problemy?

Czy dzisiejsza wielotysięczna demonstracja nie jest porażką rządu?
To jest wyraz demokracji i nie widzę tu porażki żadnej ze stron. Naprawdę nie wiem, o co chodzi. Warunki życia się poprawiają, prace rządu dotyczące godnej pracy, płacy i emerytury akurat się toczą. Poprzednie rządy nawet nie śmiały wielu z tych spraw podjąć, a my to robimy. Podejmujemy decyzje, żeby emerytury były w perspektywie 20 lat bezpieczne, a polska gospodarka się rozwijała. To konieczne dla Polski, nie dla rządu.

Czy pana jako liberała związkowcy są w stanie przekonać do swoich postulatów?
Pani wychodzi z założenia, że liberał to człowiek, który nie ma uszu. Ja nie upieram się przy swoim zdaniu z zacietrzewieniem. Dobrym przykładem są wczorajsze negocjacje z nauczycielami: uznaliśmy, że związki powinny mieć wpływ na płace, że skoro nauczyciele utracą prawo do wcześniejszej emerytury, powinni więcej zarabiać, że jeśli chcemy rozpocząć edukację sześciolatków, konieczne będzie wydłużenie pracy nauczycieli. To wszystko opiera się na dialogu. A pani by chciała wszystko widzieć jako walkę: albo oni, albo my. Ja nie myślę w tych kategoriach.

Jeśli PO uda się utrzymać poparcie w sondażach i wygrać kolejne wybory zdecydowaną przewagą, czy wtedy będziecie realizować swój program, nie ogladając się na związkowców?
To by oznaczało, że z reformą emerytalną byśmy musieli czekać do 2011 r. A my kończymy ją teraz, bo musi być wprowadzona od przyszłego roku. Są rzeczy istotne, których nie można robić pod publiczkę.

Mówi pan, że rząd jest otwarty na kompromisy. Jednak ustalenia białego szczytu służby zdrowia zupełnie nie przełożyły się na projekty ustaw. Jego uczestnicy poczuli się zignorowani.
Mam żal, że tak się stało, ale przecież część ustaleń znalazła się w ustawach. Z drugiej strony ci, którzy najgłośniej protestują, sami nie podpisali ustaleń białego szczytu. A skoro nie podpisali, nie powinni mieć aż takiej pretensji, że nie zostało to wdrożone. Dodatkowo wytworzyła się atmosfera lęku, że rządowi chodzi tylko o to, by prywatyzować służbę zdrowia. Ludzie, którzy tworzą te lęki, albo robią to z powodów politycznych, albo nie chcą i nie mogą zrozumieć istoty proponowanych rozwiązań.

Jaką będziemy mieli Polskę, gdy reformy PO zostaną zrealizowane? Wszystko będzie prywatne, w tym szpitale i szkoły?
O jaką prywatyzację chodzi? Decentralizacja to usamorządowienie, zgodnie z resztą z chcsześcijańską zasadą pomocniczości. Chcemy dać więcej narzędzi samorządom i wspólnotom lokalnym, a wielu innych dziedzinach po prostu rodzinom, bo tak rodząca się odpowiedzialność tych podmiotów jest lepsza dla zarządzania i dla jakości usług społecznych, bo na przykład mamy problem z małymi szkołami. Już teraz mogą nimi zarządzać stowarzyszenia rodziców, ale procedury są strasznie zawiłe i najpierw szkołę trzeba zlikwidować. My chcemy procedury uprościć, by rodzice bez problemu mogli zarządzać szkołami, które nie straciłyby jednak charakteru publicznego. Więc gdzie tu prywatyzacja szkół?

Ludzie boją się takich zmian.
Boją się ci, którym media przedstawiają nasze projekty w zafałszowany i karykaturalny sposób. Mediami rządzi zasada sensacji. Płyną z nich sprzeczne komunikaty, a ludzie ulegają głównie tym komunikatom, które budzą negatywne emocje. Błagam, nie wywołujcie fałszywego lęku prywatyzacyjnego. Problemu prywatyzacji nie ma, on jest wirtualny.

Nie zmienia to tego, że teoretycznie poparcie dla tak liberalnej partii jak PO powinno wynosić 20 proc., a nie 50. Jak pan to tłumaczy?
Ludzie jednak zachowują się racjonalnie. Dlatego jedni pójdą jutro do pracy, drudzy na manifestację, a jeszcze inni na premierę musicalu „Mamma Mia!”. To wspaniały musical. Polecam.

* Michał Boni, szef doradców premiera, specjalista od rozwiązywania konfliktów społecznych