Po powrocie prezydent mówił tak, jakby czuł się oszukany nie tylko przez polskich reprezentantów rządu na szczycie, ale także przez prezydenta Francji, który przewodniczył obradom. "Nie wiem, dlaczego Nicolas Sarkozy zarządził jedynie dwuminutową dyskusję na temat tego, co dzieje się w Gruzji" - stwierdził Lech Kaczyński.
Minister Jacek Rostowski zdradził w TVN24, że szukał prezydenta, by powiedzieć mu, że zaczęła się dyskusja o Gruzji. "Czytałem francuskie propozycje dotyczące pakietu
klimatycznego i nagle premier mi mówi: Nicolas Sarkozy przeskoczył o kilka punktów i zaczyna mówić o Gruzji, proszę iść po prezydenta. Podskoczyłem i wybiegłem do sali obok, później pod
windy. Nie udało się. Koniec był taki, że chociaż ostateczne konkluzje szczytu były korzystne dla nas, to Polska w sprawie Gruzji głosu nie zabrała" - relacjonował w TVN24
Rostowski.
>>>Jak premier przepraszał za swe potyczki z
prezydentem
Zawód jest tym większy, że prezydent w ogóle nie miał możliwości zabrania głosu w tej sprawie. "Opuściłem gmach, gdy trwała jeszcze dyskusja
klimatyczna. Wiedziałem, że moje miejsce zastąpi minister Rostowski. Chciałem wyjść, by dowiedzieć się, dlaczego moi ministrowie skarżą się na utrudnianie im dostępu do dyplomatycznych
przepustek. Gdy dowiedziałem się, że zaczyna się dyskusja o Gruzji, byłem 150 metrów od gmachu. Biegłem, ale niestety dyskusja trwała jedynie dwie minuty, więc nie zdążyłem" -
skarżył się prezydent.
Dodał, że na obrady spieszył się nie tylko on. Poza bydynkiem miał być z nim szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski, którego wcześniej prezydent oskarżył o inicjowanie intryg.
"Ja nie wychodzę wcale, tylko ponieważ moi współpracownicy nie dostali kart wstępu. To podobno polecenie naszego ministra spraw zagranicznych" - mówił Lech Kaczyński.
>>>Zobacz co Polacy sądzą o kłótni prezydenta z
premierem
Prezydent powiedział też, że ministrami, którzy mieli kłopoty z przepustkami, byli: Mariusz Handzlik i Piotr Kownacki. Jego zdaniem, decyzje o mnożeniu
proceduralnych trudności podejmowali członkowie rządu uczestniczący w szczycie. "To nie była decyzja prezydencji francuskiej, bo prezydentowi Sarkozy'emu zależało na mojej obecności.
To ja przecież mam ratyfikować traktat" - przypominał Lech Kaczyński.