"Nie mogę tego opisać, bo spotkałem się pierwszy raz z czymś takim" - mówił dziennikarzom Henryk Basa, stażak-ochotnik z 22-letnim doświadczeniem. Na miejscu katastrofy walały się szczątki samolotu i ciała zabitych. To było coś wstrząsającego.

Ile dokładnie było ofiar, tego strażacy nie wiedzieli, bo wkrótce wojsko kazało im opuścić teren. Dopiero w nocy premier Donald Tusk poinformował, że w katastrofie zginęło 20 osób. Ale strażacy dobrze przyjrzeli się miejscu tragedii.

"Wrak to kupa aluminium. Nie wiadomo, gdzie koniec, a gdzie początek. Nie idzie rozpoznać, że to samolot" - relacjonował miejsce katastrofy Dariusz Kiciński z Ochotniczej Straży Pożarnej w Mirosławcu. Według,jego słów, kiedy ochotnicy dojechali do szczątek samolotu, ogień był już opanowany przez wojskową straż pożarną. Wkrótce potem miejsce katastrofy zostało otoczone przez wojskową żandarmerię, która usunęła stamtąd także cywilne karetki pogotowia.