Poranek 5 sierpnia 1944 r. nad Warszawą był słoneczny. – wspominał porucznik Ryszard Białous, pseudonim Jerzy, dowódca harcerskiego batalionu Armii Krajowej „Zośka”. Z ukrycia uważnie obserwował wieże strażnicze i bramę wznoszącego się między ulicami Gęsią, Okopową, Wołyńską i Zamenhofa więzienia, zwanego Gęsiówką. Wysoki mur zwieńczony drutem kolczastym, wysokie wieżyczki, z których można było ostrzeliwać całe przedpole. Panował spokój.
– tak „Jerzy” zapamiętał moment przed atakiem. O godz. 10 rozległ się głośny warkot i spomiędzy gruzów od strony szkoły świętej Kingi przy ul. Okopowej wyjechała niemiecka Pantera. Czołg powoli skręcił w stronę bramy więzienia. Niemcy milczeli, być może zaskoczeni widokiem. Zaczęli strzelać, kiedy zobaczyli na pancerzu wymalowaną biało-czerwoną szachownicę.
Czołg przyspieszył i przebił się przez wzniesioną przed murami barykadę. Wszystko ze swego stanowiska widział porucznik „Jerzy”: . Potem staranowała żelazną bramę, niszcząc celnym ostrzałem również wieżyczki strażnicze. Tuż za nią biegli żołnierze „Zośki”.
– wspominał powstańczy pancerniak, sierżant podchorąży Wiktor Bartnicki, pseudonim Kadłubek. .
Czołgiem dowodził porucznik „Wacek”, Wacław Miciuta. Pantera nosiła imię Magda i pełniła powstańczą służbę od trzech dni. 2 sierpnia została zdobyta w walkach przy Okopowej i naprawiona. Powstańcy nauczyli się jej obsługi i postanowili wykorzystać w szturmie na Gęsiówkę. Ten atak miał otworzyć drogę na Stare Miasto.
Nieprzygotowani do odparcia pancernego szturmu Niemcy próbowali zatrzymać piechotę, ale w końcu zaczęli uciekać. Powstańcy wpadli za nimi do więziennych budynków. – wspominał „Jerzy”.
Kiedy powstańcy wyszli na plac między baraki, natknęli się na więźniów. Kilkuset Żydów w pasiakach, wychudzonych, wielu na granicy śmierci. „Na podwórzu dookoła mnie coraz większa gromadka. Otoczona jestem różnojęzycznym tłumem ludzi odzianych w pasiaki, wykrzykujących jeden przez drugiego, gestykulujących, pijanych ze szczęścia” – relacjonowała po ataku reporterka powstańczego Polskiego Radia, która wraz z AK-owcami oglądała zdobyte więzienie. Oprowadzani przez byłych już więźniów i zaglądający do budynków kompleksu żołnierze zrozumieli, że Gęsiówka, która przed wojną funkcjonowała jako więzienie wojskowe, w czasie wojny stała się obozem koncentracyjnym. Machiną śmierci działającą niemal w samym centrum Warszawy. Konzentrationslager Warschau.
Droga usłana trupami
Wyzwoleni 5 sierpnia więźniowie KL Warschau mieli wiele szczęścia, o ile ich sytuację można w ten sposób określić. 28 lipca Niemcy rozpoczęli ewakuację obozu. Najpierw rozstrzelali ok. 400 osób, wszystkich chorych i słabych, którzy nie byli w stanie iść. Cztery tysiące więźniów poprowadzili do Kutna. W upale, bez wody. – zeznał w prowadzonym w powojennej Polsce śledztwie Peter Lebovic, jeden z więźniów, wówczas 18-letni chłopak.
SS-mani popędzali kolumnę biciem i strzelali do tych, którzy zostawali z tyłu. – wspominał Lebovic. W Kutnie wpędzono ich do wagonów i wywieziono do obozu w Dachau.
W KL Warschau pozostało ok. 400 więźniów, którzy mieli zająć się pracami porządkowymi. I to właśnie ich 5 sierpnia wyzwolili „zośkowcy”. Część ocalonych przyłączyła się do powstańców, zapisując się w pamięci AK-owców bohaterstwem. Co interesujące, kilku więźniów Gęsiówki przeniosło potem kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia rannego w nogi pułkownika Jana Mazurkiewicza, „Radosława”, który przygotował natarcie na Gęsiówkę.
Trudno dziś choćby w przybliżeniu ocenić, ile osób przeszło przez obóz. Rozkaz jego utworzenia w miejscu istniejącego wówczas jeszcze warszawskiego getta wydał Reichsführer-SS Heinrich Himmler. – wyjaśniał w piśmie z 16 lutego 1943 r. W czerwcu, kilka tygodni po tym, jak Niemcy zdławili powstanie w getcie warszawskim, Himmler wydał precyzyjne dyspozycje – lager miał zostać utworzony w więzieniu przy ulicy Dzielnej, czyli na Pawiaku. Jednak ostatecznie KL Warschau powstał nieco dalej, w więzieniu przy Gęsiej. – zeznawał w powojennym śledztwie księgowy obozowej kuchni.
Kości jak białe muszelki
KL Warschau zaczął działać 19 lipca 1943 r. Pierwszy transport więźniów Niemcy przywieźli 31 sierpnia. Byli to Żydzi z obozu Auschwitz-Birkenau, przede wszystkim pochodzący z Grecji. Potem na Gęsiówkę trafiali także Polacy, głównie aresztowani w Warszawie. – wspominał doktor Felicjan Loth, więzień Pawiaka, którego odesłano do opieki nad więźniami Gęsiówki. – opowiadał lekarz, który tak naprawdę nie mógł nikogo leczyć. W obozie nie było żadnych medykamentów, brakowało nawet środków opatrunkowych.
– opowiadał więzień Icchak Dawid Mehl. .
Świadectwo ogromu zbrodni popełnionych w KL Warschau i jego otoczeniu, w ruinach getta, dają relacje i powojenne dokumenty z ekshumacji. Jadwiga Nowakowska, kierowniczka działu Grobownictwa Biura Informacyjnego Zarządu Głównego PCK, nadzorowała prace prowadzone w Gęsiówce. – relacjonowała w śledztwie Nowakowska. Opowiadała również, że na terenie warszawskiego obozu natrafiono na dwa krematoria. Starsze, koksowe, i nowe, elektryczne, którego Niemcy prawdopodobnie nie zdążyli użyć. W opuszczonej hali widziała również sześć lub osiem wielkich palenisk, na których spopielano zwłoki. Dobrze zapamiętała również barak, w którym SS-mani znęcali się nad więźniami.
– zeznawała Nowakowska.
Siedem ton prochów
W dokumentach PCK można znaleźć więcej makabrycznych danych. Z zestawienia opracowanego przez jego pracowników wynika, że tylko w byłym więzieniu wojskowym i w jego najbliższym otoczeniu zebrano prawie siedem ton ludzkich szczątków i prochów. SS-mani przeprowadzali egzekucje jednak nie tylko w samym obozie i nie tylko na więźniach. Mieli do dyspozycji rozległy teren getta, całe kwartały miasta pokryte ruinami. Rozstrzeliwali tam również mieszkańców Warszawy, więźniów Pawiaka, Polaków schwytanych w łapankach. Tam też pozbywali się ciał ofiar.
Po wojnie na podwórzach przy ulicy Gęsiej, przy Nowolipiu, Nowolipkach i na boisku sportowym „Skry” znaleziono hałdy ludzkich prochów. Paleniem ciał zajmowali się więźniowie Gęsiówki. – opowiadał więzień Mehl. .
Ewa Królikiewicz złożyła w 1973 r. ważne zeznanie, które uzupełniło materiały śledztwa prowadzonego przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. 30 lat wcześniej miała szczególne zadanie – na polecenie dowództwa AK obserwowała ruiny getta i meldowała o przeprowadzanych tam egzekucjach. – opowiadała. – dodawała Królikiewicz, precyzując, że tego dnia przyjechało około 10 takich transportów. Wszystkich więźniów – jak mówiła – ustawiano w szeregu i rozstrzeliwano. . Następnie Żydzi oblali stos benzyną i podpalili, a wtedy Niemcy zaczęli do nich strzelać. .
Egzekucje w ruinach nie były jedynym sposobem pozbawiania życia więźniów KL Warschau. Nie jest bowiem wykluczone, że na terenie obozu działała komora gazowa. Świadczyć o tym mogą znalezione po wojnie wśród baraków puszki z charakterystycznymi drobnymi kryształkami, przypominającymi cyklon B. Pojemniki pozbawione były etykiet, jednak ostry zapach pozwalał się domyślać, że zawierają środek do wytwarzania śmiercionośnego gazu. Na tym jednak nie koniec. Do dziś trwają spory, czy prawdą jest, że o wiele większe komory gazowe funkcjonowały tuż obok warszawskiego Dworca Zachodniego. Według ustaleń zmarłej kilka lat temu sędzi Marii Trzcińskiej, która w latach 70. prowadziła śledztwo w sprawie KL Warschau, w jednym z tuneli prowadzącym pod torami, przy obecnej alei Prymasa Tysiąclecia, gdzie dziś każdego dnia przejeżdżają tysiące samochodów, w czasie wojny miała działać potężna komora gazowa, z instalacją doprowadzającą gaz do środka i ze specjalnymi urządzeniami wentylacyjnymi. W aktach sprawy zachowały się relacje świadków mówiących o prowadzonej w tym miejscu eksterminacji.
Słychać było jęki
– opowiadała Adela Koprowska, na zeznania której powoływała się sędzia Trzcińska. – podkreślała. – dodawał inny świadek, kolejarz Feliks Jedynak. – dodawał.
Maria Trzcińska w książce „Obóz zagłady w centrum Warszawy” oceniła liczbę zabitych w KL Warschau na ok. 200 tys. osób. Jej zdaniem znaczna część ofiar została zagazowana w komorach przy Dworcu Zachodnim. Tych ustaleń nie potwierdzają najnowsze badania. Bogusław Kopka, autor książki „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa” i były pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej, widzi tę kwestię nieco inaczej. 150 tys. osób to szacunkowa liczba zabitych w Powstaniu Warszawskim, ok. 20 tys. to suma ofiar egzekucji przeprowadzonych od roku 1943 do połowy 1944. 30 tys. osób – zdaniem Kopki – straciło życie na Gęsiówce oraz w jej pobliżu. W tej liczbie uwzględnia na przykład ukrywających się Żydów oraz więźniów ewakuowanych z Pawiaka.
Z jego badań nie wynika również, by w tunelu przy dworcu działały komory gazowe. Zaznacza, że mówiące o gazowaniu ludzi zeznania, z których korzystała sędzia Trzcińska, zostały spisane kilkadziesiąt lat po wojnie, przez co są mniej wiarygodne. – pisze autor i podkreśla, że tajemnicza instalacja rzekomo doprowadzająca śmiercionośny gaz nie ma nic wspólnego z eksterminacją ofiar. To urządzenia wentylacyjne zainstalowane w tunelu w latach 60. i 70. Trop okazał się więc fałszywy.
Znalezienie obecnie jakichkolwiek pozostałości po obozie koncentracyjnym, działającym przecież niemal w centrum Warszawy, jest w zasadzie niemożliwe. Przy jego dawnej zachodniej granicy, która sięgała ulicy Okopowej, i gdzie kiedyś stała murowana wieżyczka strażnicza, dziś stoi nowoczesne centrum handlowe wraz z wysokim biurowcem. Teren, na którym w czasie wojny pobudowano obozowe baraki, po wojnie wypełniono osiedlem z szarymi socjalistycznymi blokami. A dokładnie tam, gdzie 70 lat temu „zośkowcy” szturmowali Gęsiówkę, dziś wznosi się gmach Muzeum Historii Żydów Polskich. Po KL Warschau i jego ofiarach nie pozostał już żaden ślad.
Przy pisaniu artykułu korzystałem z książek: Bogusław Kopka, „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa”, Warszawa 2007; Maria Trzcińska, „Obóz zagłady w centrum Warszawy”, Warszawa 2002; „Pamiętniki żołnierzy baonu »Zośka«”, red. Tadeusz Sumiński, Warszawa 1986