Dziennik Gazeta Prawana logo

Tadeusz Wiśniewski, ps. Wilk: Czołg strzelił, pomyślałem: "Śmierć jest lekka"

18 września 2014, 11:00
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Powstanie Warsawskie. Zdjęcie z 1944 roku
Powstanie Warsawskie. Zdjęcie z 1944 roku/AP
Książka "Warszawskie dzieci" to zbiór opowieści wychowanków prywatnej warszawskiej szkoły Anny Goldman. Wyszli stamtąd harcerze, konspiratorzy, żołnierze. Wśród wspomnień jest również relacja, jaką złożył Tadeusz Wiśniewski, pseudonim Wilk, służący w plutonie "Alek" kompanii "Rudy" w składzie batalionu "Zośka". "Wilk" opowiada, jak został ranny w ataku na ulicy Stawki. Przeczytaj FRAGMENT KSIĄŻKI.

Zaczynaliśmy na Woli w fabryce Telefunkena przy ulicy Mireckiego. Po drugiej stronie było boisko i kirkut. Co najmniej 5 lub 6 dni byłem na kirkucie, stanowiska ogniowe, obrona cmentarza ewangelickiego. Tam mi się udało wyróżnić. Linia obrony zwrócona była na południe, dotykając Młynarskiej. Niemcy atakują od zachodu. Ja na tym froncie na lewym skrzydle, na samym skraju. Najpierw stanowisko miałem na schodkach kaplicy, ale to było stanowisko śmiertelne. „Kołczan” mówi:

Maskuję się więc doniczkami z grobów, po prawej mam mur cmentarny z ażurowymi prześwitami w kształcie łuków, prosto na Młynarską. Mam dwa granaty, jeden obronny, drugi plastikowy na czołgi. Jeden karabin, 40 nabojów. Za mną nie ma nikogo.

Potem zaczęliśmy ulepszać stanowiska i wtedy przenieśli mnie na lewe skrzydło. Jestem na ławce cmentarnej pod drzewem, którego korona mnie osłania. To już było dobrze zamaskowane. Zaczęli wzywać nas do linii, tam się zaciął karabin maszynowy. Gdy zacięcie usunęli, wróciłem, patrzę, naprzeciwko mnie, jakieś 80 metrów następny mur i cmentarz kalwiński, a tu przez dziurę w murze ktoś przechodzi. Co robić, odejść nie wolno, wołać nie ma co, usłyszą mnie najwyżej Niemcy, zdradzę swoje stanowisko, przez co nasi zostaną otoczeni i wyrżnięci, gdy zginę, to przynajmniej mam Krzyż Walecznych. Co robić, żeby nie popełnić błędu? Nie jestem starym wiarusem, to moja pierwsza walka. Zaczynam strzelać, chyba trafiam, bo słyszę jęk. Po kolei pięć razy trafiłem, pięć jęków, i wtedy oni się wycofali. Sam byłem tym zaskoczony. Decydowały sekundy.

Drugiego dnia Powstania wypadły na nas czołgi i „Kołczan” mówi:

Zgłosiłem się, ale za późno, nie mogłem sobie darować. Rzucał Lolek Pecyna, który był pierwszy. Butelka trafiła i już drugiego dnia Powstania miał Krzyż Walecznych. Sekundy decydowały.

A ja się bałem, że zginę i nie zarobię na swój Krzyż. Takim należało być. Może to śmieszne, ale taka była atmosfera podczas Powstania.

Z Woli na Stare Miasto wyszliśmy 11 sierpnia. Witali nas na Długiej pod Arsenałem, wiwaty, wojsko z Woli przychodzi na pomoc Starówce, idziemy czwórkami, ranni, wspaniałe oddziały, z bronią – oni broni nie mają.

Dwunastego sierpnia była msza święta i generalna absolucja, a potem nasze dowództwo dało rozkaz natarcia, ponieważ Niemcy szli za nami od Woli, chodziło o to, żeby ich zastopować. Idziemy na Muranowską, na magazyny kolejowe, urząd celny, na Dworzec Gdański i szkołę na Stawkach. Czekamy na wypad.

Ja z moją drużyną miałem przelecieć przez takie trawiaste boisko, potem przez mur i na teren magazynów kolejowych Dworca Gdańskiego. Po lewej stronie inna drużyna szła na urząd celny, przed nami na końcu była szkoła. My gonimy, Niemcy uciekają.

6820170-warszawskie-dzieci-wydawnictwo.jpg
"Warszawskie dzieci", Wydawnictwo Zysk i Spółka, 2014

Natarcie ruszyło od rana na długości dwóch do trzech kilometrów w kierunku Muranowa i Woli. Niemcy zatrzymali naszych ogniem karabinów maszynowych i natarcie wszędzie się załamało, tylko my na prawym skrzydle poszliśmy kilometr w głąb niemieckich umocnień.
Wpadliśmy w jakieś budyneczki przy dworcu, widzę, leży Panzerfaust porzucony, obejrzałem, ale nie wziąłem, bo co miałem niby z nim robić, potem ktoś go zabrał, wpadamy do stróżówki, w środku kawa, chleb, Niemiec jadł i uciekł, odpędziliśmy go od śniadania. Niemcy wiali w panice. No i był tam też czołg. Trafił dwóch moich kolegów, widziałem, jak to wygląda. Ten czołg uciekł przed nami i stanął w bramie boiska szkoły na Stawkach, a my poszliśmy dalej, może jakieś 150 metrów. Przeleciałem przez tę szkołę, czy któryś z Niemców nie został na górze, ale nie, wszyscy uciekli. Dalej nie możemy iść, bo nas blokuje czołg, plutonem dowodzi „Maryśka”, strzelamy z rkm-u do czołgu, ale to dla niego jak rzucanie kamieniami o ścianę. Tymczasem on wali swoimi pociskami, wiadomo, że za godzinę czy dwie wszystkich nas załatwi, a my nic nie zrobimy. Mówię:

Panzerfausta nie znalazłem, wracam. Jak wracałem, to widzę, że ten czołg w murze powystrzelał takie prześwity, widzę go przez nie, gapię się jak idiota, moi koledzy do niego strzelają, a on do nich. Niemcy mnie widzą, ale mają tylko jedną lufę.

Po prawej stronie atakował pluton „Sad”. Mówię do „Maryśki”:

Poszedłem po raz drugi, żeby nawiązać kontakt z plutonem „Sad”. Coś mnie tknęło, jakieś przeczucie, patrzę, widać ten czołg, ale wydało mi się, że przejdę. Gdybym się przeczołgał pod tym prześwitem, to by mnie nie zauważył. Ale, myślę sobie, przebiegnę. I w skok. A czołg miał już działo wycelowane i za spust. Pomyślałem:

Jakbym wpadł do ciemnej piwnicy, nic nie widzę, nic nie słyszę, nic mnie nie boli, ale czuję, że jestem. W pewnym momencie zaczynam widzieć przez czerwoną mgłę. Sądziłem, że to pył ceglany z muru, ale nie. To po wybuchu krew zalała mi oczy.

Pocisk przeleciał i rozerwał się tuż za mną. Uderzyła fala powietrza. Stąd moje trwałe uszkodzenie prawego błędnika. Dostałem też parę odłamków w rękę, co potem był przyczyną ropnego zapalenia, z którego wylazłem dopiero po dwóch miesiącach. Dostałem coś w hełm, coś rykoszetem, coś w nogę.

Byłem opatrywany w remizie tramwajowej na Muranowie, 500 metrów do tyłu, w tej samej, z której wychodziliśmy do natarcia i podczas tego opatrunku poczułem, że robię się lekki. Nie czuję ciężaru ciała. Doszedłem do wniosku, że tracę przytomność, więc mówię:

Ona zaraz wstrzyknęła mi kamforę. Po kamforze czuję już ciężar swego ciała. Potem się mną dalej te siostry zajmowały, obandażowały mi głowę. Po wybuchu pocisku czołgowego byłem ogłuszony. Miałem wspaniale postrzelaną panterkę, pełno krwi. To byłaby fajna rzecz zachować ją na pamiątkę i teraz pokazywać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Materiały prasowe
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj